Jest taki gość w internecie, który ma czapeczkę z napisem „kiepsko.”. Bardzo mu jej zazdroszczę i gdybyśmy takie mieli, to razem z Michałem założylibyśmy je w piątek rano i zdjęli w poniedziałkowe południe. Bo tyle mniej-więcej zajęło nam przejechanie tysiąca kilometrów z góry Polski na dół. Być może co 50 kilometrów robilibyśmy sobie w niej selfika okraszonego odpowiednią miną… gdybyśmy oczywiście nie zapomnieli się zatrzymywać.
Pretekstem do przejazdu było sprawdzenie trasy nadchodzącego Maratonu Przez Polskę organizowanego przez Koło Ultra. Podobnie jak przy wielokrotnie opisywanym na tym blogu objeździe trasy Poland Gravel Race. Patrząc na ślad, mam nieodparte wrażenie, że muszę chłopakom kupić linijkę. Wychodzi na bowiem ponad 1000km, więc dystans podobny do BBT, na którym również jedzie się przez Polskę, ale po przekątnej. Jak to więc możliwe, że jadąc w poprzek jest dalej niż po przekątnej? Może jak będą mieli linijkę to przemyślą sprawę.
Podziękowania.
Przede wszystkim, chciałbym Wam wszystkim bardzo podziękować. Dzięki tak intensywnemu rozwojowi social mediów oraz rosnącemu poziomowi sportowemu, nic już nie jest wyczynem. Jeśli coś sobie wymyślisz, najprawdopodobniej ktoś to już zrobił, ale lepiej i szybciej. Być może nawet na składaku. Jadąc na jednym kole. Przednim. Bez trzymanki. To fajne, bo nie trzeba się już starać. Nigdy już nie zrobimy nic imponującego świata. No chyba, że załapiemy się na Nagrodę Darwina, ale wtedy nie będzie czasu na świętowanie. Przynajmniej dla nas. Dlatego też jedziemy z godnością. Jeśli chcemy coś udowodnić to tylko sobie. Że da się jechać samą głową i rozsądkiem, bo o przygotowaniu fizycznym ciężko tu mówić.

Zdjęcia z tego wyjazdu składają się w 80% z łydek i pośladków na tle krajobrazu pełnego pól. Pewnie mogłyby być ciekawe, ale wymagałoby to dużego skupienia i poszukiwania smaczków po drodze. W poszukiwanie smaczków jestem zdecydowanie lepszy podczas spacerów z psem. Bo tym razem, nie mamy na to czasu – wstajemy rano, niewiele po świcie i już jesteśmy spóźnieni, jak zawsze. Bo jesteśmy starzy i lubimy zasypiać przed 23:00. Odcinki więc budujemy na bieżąco, ale biorąc pod uwagę dwie rzeczy. Że jazdę należy skończyć możliwie wcześnie w poniedziałek i dostępność miejsc noclegowych przy trasie. A dostępność jest mocno ograniczona, bo trasa stara się omijać zatłoczoną cywilizację.
Spostrzeżenia.
Na myśl przychodzi mi pewna piosenka Kazika, która idzie jakoś tak:
Co za syf, co za katastrofa
to kara za grzechy nasze, Bóg nas już nie kocha,
teraz Bóg kocha Niemców mają więcej pieniędzy,
chociaż wojnę przegrali, a my żyjemy w nędzy,
co za upadek, co za gnój,
to kara za winy nasze, na nic nasz znój,
żale nasze daremne, połączeni lamentem,
co za los, wycieraj oczy i nos!
Polska płonie! Polska płonie!
Polska płonie od morza do Tatr
a ja
stoję na balkoniejadę na rowerze i patrzę jak Polska płonie,wieje wiatr, wieje ogniowy wiatr!
Polska płonie! Od Bałtyku do Tatr!
Bowiem trasa, jest z tych do ścigania się, nie z tych do rozglądania. Zauważamy czasem jakieś ciekawostki, większość pewnie przegapiamy. Przydrożne kapliczki, miejscowości ze śmiesznymi nazwami (jak Klocek, Strzepcz, Bąk, Grzeczna Panna, Samoklęski itd.) i atrakcje w stylu „najdłuższa deska świata” lub „jedyny czołg Pantera w Europie Środkowej” mijamy regularnie. Prowincjonalny_fotograf z Instagrama byłby pewnie zachwycony rzeczami, które przegapiliśmy.
autor: Michał W. – gdzieś pośrodku niczego, kulając się pod wiatr przez nicość.
Nawet najlepsza trasa jest chu*owa przy 40°C w cieniu.
My nie jesteśmy, nas wszystko wkurwia. Wiatr, który 3 dni pod rząd tak wieje w ryja, że przekroczenie 25km/h jest wyzwaniem. Słońce podbijające temperaturę do prawie 40 stopni i okoliczne pola kukurydzy i słoneczników, które nieszczególnie dają cień. Potem też deszcz i spadek temperatury, aby statystycznie wyrównać warunki pogodowe do: „średnia była idealna”. Albo ścieżki rowerowe, które projektowane są tak, aby zniechęcić kogokolwiek do dłuższej jazdy. Zrobione tak, aby kolarz wiedział, że jest siódmą kategorią człowieka. Jadąc przez (te bogatsze) polskie wsie i miasteczka czuję się jak Adaś Miauczyński biegający ze świecą dymną:
– „Miauczek w lewo! W prawo! Dawaj! Dawaj! Spier*alaj!”.
– „Co ja tu ku*wa robię? 40 na karku, ukończone dwa fakultety ukończone, a ja ganiam, zapier*alam po planie… ścieżkach dla rowerów.”
A do tego jeszcze samochody. Zjeździłem w życiu kilka krajów rowerem, pewnie z pięćdziesiąt. NIGDZIE nie ma takiej agresji na drogach. Jasne, w Kenii jeżdżą jak przygłupy, ale wynika to pewnie faktycznie z niewiedzy i braku pomyślunku. U nas kierowcy po prostu z premedytacją omijają nas na centymetry, aby pokazać upadek człowieczeństwa. Typ będzie na Ciebie trąbił na idealnie równej i pustej drodze, że jedziesz przy skraju drogi, bo gdzieś obok idzie terenowa ścieżka przez las. Albo tak po prostu, bo musi zwolnić – przez Ciebie. Po piwko do Żabeczki dojedzie później, a już prawie dziewiąta w niedziele. Pierdzące Audi, z przyciemnionymi lampami, rejestracją E0 KOZAK (wymyśliłem, ale wpisuje się w konwencję) i sieradzki król życia, zaznaczający swą wyższość, poprzez wyprzedzenie nas z bezpieczną odległością 30cm.

A Żabeczki to jeszcze lepszy temat: „Pani Marysiu, cztery piwka, wódeczkę i Żubróweczkę” – w każdej jednej, o każdej porze dnia i nocy, w każdej miejscowości. Ale tak szybciutko, bo syn w aucie czeka, bo kolega stawia, bo ziomki na grillu, bo przechodziłem akurat obok. Wszyscy z uśmiechem, wszyscy ze zdrobnieniem, bo wtedy wódka staje się wódeczką.
A pomiędzy tym wszystkim, oczywiście ludzie „z” i „do” kościoła: wystrojeni, w garniturach, w czyściutkich samochodach, bo przecież w sobotę święto kościelne, a w niedzielę niedziela. Pełni uwielbienia dla swego bliźniego. Chyba że bliźni blokuje im świętą przepustowość drogi. To nie, wtedy nie trzeba.

Po tysiącu kilometrów przez asfaltową Polskę, przychodzi mi na myśl jedynie cytat Piłsudskiego o narodzie wspaniałym.
Nie podoba mi się, kurde.
Autor: Michał W. – gdzieś w pobliżu niczego, kulając się pod wiatr, przez nicość.
Po co.
Długo jedziemy, więc mamy bardzo wiele czasu, aby zastanowić się po co to wszystko. Po co wstajemy wcześnie i jedziemy do nocy. Ani to przyjemne, ani fajne. Nie mamy szczególnie komu czegokolwiek udowadniać, może poza samym sobą, że jeszcze możemy i umiemy. Ale wiedzieliśmy to jeszcze przed wyruszeniem. Chcemy sobie nawet nagrać filmik, dla samych siebie – z przyszłości, że bez sensu, że nie warto, że nie powtarzajmy tych pomysłów.
Pewnie mielibyśmy już teraz kilkadziesiąt takich filmów zebranych przez ostatnie kilkanaście lat. Śmialibyśmy się z nich teraz i ignorowali, mówiąc: „nie no, na pewno było fajnie… Przecież, gdy teraz o tym myślę, to się uśmiecham„. Ten film też byśmy zignorowali. Mimo że przez bite 3 dni zdajemy sobie sprawę, że ani to przyjemne, ani sensowne, wiemy że już dzień po powrocie uznamy to za fajną przygodę. To raczej temat dla psychologa, jakiś syndrom sztokholmski albo odpowiednik zespołu maltretowanej żony (lub męża – mamy XXI wiek). Jak to Michał stwierdził, gdzieś pod miejscowością, której nazwa nie została mi w głowie:
Problemem jest nieprzygotowanie wszystkiego na jechanie.
autor: Michał W. dokonujący poważnej analizy: dlaczego bolą nas różne miejsca każdego poranka.
Poszukując odpowiedzi na to pytanie przypomina mi się książka „Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym” Daniela Kahnemana. W szczególności rozdział (numer 161 – to jedna z TYCH książek) „Problem Czasu”, w którym opisuje naszą pamięć, jako sumę chwil. Długość trwania jest kompresowana do początku, szczytu i końca, wszystko inne jest ścieśniane jak za długie słowo w kratki krzyżówki. Czas trwania jest ignorowany – cała uwaga zostaje skierowana na wybrane chwile. A przecież tych chwil jest u nas przynajmniej kilka, choć w większości składają się z momentu, w którym kończymy jazdę. A to najprzyjemniejszy moment, więc głównie ten zapamiętamy – powtarzany kilkukrotnie. Może się okazać, że z bikepackingowej jazdy najprzyjemniejsze jest niejechanie i to się właśnie zapamiętuje. Książkę polecił mi kiedyś sam MKON, więc i ja polecam dalej. Opisuje to dużo lepiej niż ja. Dlatego też pewnie ma 178 rozdziałów.
Podróże kształcą.
Z naszej podróży dowiedzieliśmy się bardzo ważnych w życiu rzeczy. Dzięki temu człowiek idzie przecież do przodu zamiast stać w miejscu, powie Wam to każdy internetowy influencer. Z każdym wyjazdem stajemy się więc lepszą wersją siebie, tym razem nauczyliśmy się m.in.
- Że Żappsy w Żabce można nabić maksymalnie 4 razy w ciągu doby
- Że Żappsy w Żabce nabijają się do 150zł w ciągu doby, potem przepadają
…i nie wiem, chyba tyle.
Jedziemy. A może raczej kulamy.
Dzień 0. 38,5 km.
Do Gdyni jedziemy Pendolino w czwartek po pracy. Tylko w nim są miejsca dla ludzi z rowerami. Ale cena to nie problem, gdy ma się trochę oleju w głowie. W Pendolino dają wafelka i wodę w butelce kaucyjnej. Nikt butelek kaucyjnych z pociągu nie wynosi, więc wystarczy się parę razy przejść po wagonach i… profit!
Pamiętam, jak kilka lat wcześniej, byliśmy w Rwandzie z Michałem w szoku, gdy dwóch gości pokłóciło się o naszą pustą, plastikową butelkę pod sklepem. Po raz kolejny okazuje się, że Rwanda jest przed nami w wielu kwestiach.

Jak przystało na pociąg, spóźnia się jakieś 40 minut, dzięki czemu na miejsce docieramy dokładnie o zachodzie słońca. Do noclegu pozostaje nam 40 kilometrów, choć gdy akceptowałem ten plan, byłem pewny, że mowa była o 30. Nie szkodzi. Jedziemy bardzo szybko (przynajmniej w głowach), bo z niewiadomych powodów nie chcemy jechać nocą – dzięki temu już pierwszego dnia Garmin mówi, że powinniśmy odpocząć ponad dobę po tym „treningu”. Nie zaczął się pierwszy dzień, a już jesteśmy zmęczeni. Śpimy we Władysławowie – olewamy start z Helu.
Kolację jemy w Żabce, docieramy do niej dokładnie o 21:37. Mam takie powiedzenie: „Miejsce poznasz po Żabkach jego”. Jak nietrudno się domyślić, wieczorna Żabka we Władysławowie wygląda, jakbyśmy weszli na imprezę 16-latków, takich najgorszych. Takich, co jak prawdziwy boomer, masz ochotę bić za sam wygląd. Nikt, co prawda, nie chce nikogo „zapier*olić maczetą” jak w Waksmundzie, ale i tak jest grubo.
Władysławowo to dobre miejsce, aby je opuścić.
autor: Michał W. po pojawieniu się we władysławowie.
W noclegu Michał prosi o fakturę, obserwujemy zmieszanie na twarzach. Podejrzewam, że właściciele całą noc googlają, o co chodzi z tym wystawianiem faktur. Rano, zaspany właściciel przynosi nam fakturę numer 01/2026. Do końca wyjazdu będę się odnosił do tego miasta per „Wejherowo”, bo mi się mylą.
Dzień 1. 311,5km.
O 7:07 ruszamy na północ. To dobry kierunek, tylko zwrot przeciwny. Chcemy jednak zacząć od zobaczenia morza, inaczej nie mógłbym nazwać trasy „Od morza do Tatr”. Zaraz jakaś pała by napisała „byłeś przy zatoce, nie przy morzu”… żartuję, nie napisałaby tak, bo mam tu wyłączone komentarze :-)
Cały czas śmieszy mnie wizja pytania mijanych ludzi „Czy na Zakopane to tędy„? Oczywiście tego nie robię. Może bym robił, gdybym był vlogerem i kręcił rolki…

Na plaży widok klasyczny: nieczynne frytki belgijskie/gofry, toaleta, śmieciarka jadąca po piachu i młodzież – zmęczona życiem, lecz i tak denerwująca. Pociesza mnie fakt, że zaraz pójdą do pracy i czeka ich jakieś 47 lat bezsensownego klikania w coś na ekranie. Ja będę już od 20 lat odpoczywał, gdy skończą. Ruszamy na południe, trochę pod wiatr, ale dzień składa się z lasów i pagórków, więc nie jest to szczególnie uciążliwe.
Zgodnie z planem, że będziemy jechać odpowiedzialnie (czyli odpoczywali, jedli, pili i ogólnie używali bardziej głowy niż nóg) pierwszy postój robimy na 140. kilometrze – gdzieś w pobliżu startu Kaszebe Runda w Kościerzynie. Obaj nie potrafimy uwierzyć, jak dużo jedzenia potrafi się zmieścić w brzuchu.
Choć nie wiem, czy się zmieściło, bo przez następne kilometry bardzo stara się wrócić.

Jestem Prawdziwym Polakiem, mój rytuał zakupowy jest prosty. To znaczy zakładając, że istnieje Prawdziwy Polak, który w Żabce nie kupuje alkoholu. Staję przed półką z napojami i sprawdzam jaki jest obecnie nasz stosunek, jako narodu, do Igi Świątek. Jeśli zły i ją hejtujemy, sprawdzam jaki do Roberta. Tym razem Iga wygrała jakiś duży turniej, więc cały wyjazd jadę na kolorowym Oshee z jej wizerunkiem. Aktualnie ją lubimy.

Pod koniec wyjazdu jest we mnie więcej Igi Świątek niż w Idze Świątek.
autor: ja, po wypiciu 30. litra oshee z igą.
Po drodze stajemy przy Ławce Niezgody – nie pamiętam już gdzie. Wiem tylko, że nie zgadzamy się na tak wiele rzeczy, że grzechem byłoby nie stanąć. Ba, obecnie w miejscowości są nawet dwie takie ławki niezgody. Pewnie mieszkańcy nie zgodzili się, co do wyboru miejsca na pierwszą.

Gdzieś za Wdzydzkim Parkiem Krajobrazowym utykamy. Trochę to przykre, bo przecież tereny znam dobrze – to już moje pętle z Męcikału. Nie byłem tam jednak na szosowej wycieczce od lat. Okazuje się, że dojechaliśmy w okolice miejscowości Wiele i nie da się dalej nic zrobić. Rzec by można: nie da się „wiele” zrobić. W każdą stronę zostały wybudowane SZUTROWE ścieżki wzdłuż drogi i na pustych, równych asfaltach postawiono znaki zakazu rowerów.
Za życiowy cel stawiam sobie znaleźć człowieka, który za to odpowiada i nasrać mu na wycieraczce przed drzwiami. Przez jakieś 20km jeździmy tam i z powrotem próbując się legalnie przebić asfaltem. Głupio przecież puścić maraton po zakazie. Ze względów prawnych, nie mogę napisać, czy nam się to udaje.

Po drodze stajemy na punkcie widokowym – Złota Góra. To jedyne miejsce, w którym stajemy turystycznie podczas całego wyjazdu. Czy warto? Wątpię, ale za to jest Toi Toi, więc dla nas warto. Wierzcie lub nie, ale dokładnie w momencie, gdy znika w nim Michał, ze stojącego obok kiblowozu wychodzi gość z karcherem. Zaczynam rozkminkę, czy widział Michała i na ile to będzie śmieszne, jak strzeli strumieniem w budkę. Karcher, nie Michał. Rozkminka trwa na tyle długo, że moja interwencja sprowadza się do stania i patrzenia.
Pod wieczór docieramy do Nakła – wychodzi na to, że to jedyne miasto w okolicy kilkudziesięciu kilometrów, które ma pasujący nam nocleg. Zjadamy całkiem niezłego burgera w „NA POLU burger & pizza” i robimy zapasy na noc w Biedronce, przegapiając, że zaraz obok jest Żabka. Śpimy w „Art Cafe Nakło – Hotel Sala weselna” – hotelu, o którym powiedzieć można wiele, ale na pewno nie to że jest tani (bo jakieś 500zł za dobę). To nie szkodzi, bo rowery dostają dla siebie całą salę weselną na noc, a my możemy zjeść śniadanie w formie bufetu od 6:30 rano.

Wieczorem odkrywam jeszcze, że zgubiłem ładowarkę. Do teraz uważam, że nie jest to możliwe, bo wiem, że wsadzałem ją do bagażnika. Pewnie świat mnie pokarał, bo pamiętam jak śmiałem się z ładowarki Michała, który pożyczał ją komuś w pociągu. Moja ładowarka patrzyła wtedy na jego ładowarkę, jak mój Factor na jego Planet X. Gdyby tylko Factor wiedział, czego ten Planet X w swoim życiu dokonał…
Cóż: posiadana, kiepska ładowarka, jest dużo lepsza od nieposiadanej ładowarki z kosmiczną technologią. Jako współczesny skaut, mam jednak sztuczkę. Mamy w pokoju telewizor, a telewizor ma ukryte USB, które daje nieco prądu. Śpimy więc przy włączonym telewizorze (ustawionym oczywiście na niepodłączone HDMI i maksymalnie obniżoną jasność).
Dzień 2. 290km
O drugim dniu nie chcę pisać zbyt wiele – zostawił on bowiem we mnie traumę. To jazda po polach, w upale. Wielkim upale, a wierzcie mi – widziałem w życiu wiele upałów: od tych w Dolinie Śmierci, przez równikowe w Ugandzie, po zapylone w Indiach. Ten jest jakiś gorszy, bo praży tak samo, ale brakuje mu nutki przygody i egzotyki. Czym innym byłoby paść od ciepła na równiku, a czym innym pod Koninem lub Sieradzem. No chyba, że byłbym Etiopczykiem, wtedy byłoby to dla mnie egzotyczne. Wiatr też jest taki, że odechciewa się żyć. Ratuje nas tylko myśl, że kolejnego dnia ma być dużo zimniej.

Gdzieś po drodze stajemy w Orlenie – niby po ładowarkę, ale chyba jest ona tylko pretekstem, aby zjeść loda. NAJTAŃSZA ŁADOWARKA NA ORLENIE KOSZTUJE PONAD 85ZŁ. W kategorii jakość-cena jest to na 100% najgorszy wydatek tego roku. A jest dopiero sierpień. A weźcie pod uwagę, że w tym roku kupiłem już sobie masę niepotrzebnego szajsu. Wyjazd zepsuty.
Aby podtrzymać działanie mózgów staramy się wymyślać poważne dylematy moralne i życiowe. Jednym z nich są nasze marzenia. Zgodnie ustalamy, że naszym marzeniem w obecnej chwili jest jedzenie pizzy pod zimnym prysznicem, ale w taki sposób, aby nie mokła. A może i nawet jest to nasze jedyne marzenie obecnego życia w tej chwili.

Na ciekawostkę zasłużyć może fakt, że dość niespodziewanie przejeżdżamy przez miejscowość Przyjezierze. To znaczy, może nie tyle sam fakt przejazdu jest ciekawy, bo przejeżdżamy przez wiele miejscowości, ale to co się w niej dzieje. Wygląda jakbyśmy znowu znaleźli się we Wejherowie Władysławowie, ale bardziej. Przez moment doceniam swoją rowerową tułaczkę, wyobrażając sobie, jako alternatywę, siedzenie na plaży z ludźmi. Wiadomo, że od wiatru gorsi są tylko ludzie – szczególnie tacy bez koszulki.

Śpimy w pięknej miejscowości Osjaków, bo tylko tam są sensowne noclegi. Obok jest awaryjne BP i awaryjny hotel z restauracją. Nasz „Hotel Symfonia” jest jak najbardziej OK. No i wita nas napisem „witamy gości”. A my przecież jesteśmy goście. Przejechaliśmy w tym upale i wichurze prawie 3 paki nieświeżą nogą i nie oszaleliśmy. Mamy nawet uśmiech na twarzy. Co prawda dopiero jak stajemy pod hotelem, ale i tak. Tylko wtedy nas przecież widzą.

Trafiamy akurat na urodziny Andrzeja, więc cały budynek nieco się trzęsie. Trochę jak w tej piosence Borysa LSB:
hop hop hop aż sie trzęsie strop,
wszyscy patrzą na biodra andżeeeeeli,
łup łup łup tupie cały klub
Na szczęście dostajemy pokój najbardziej oddalony od dobrej zabawy, jak tylko to możliwe. Załapujemy się nawet do hotelowej restauracji na kolację. Jesteśmy sami w całym pomieszczeniu. Zamawiamy po dwa obiady: dwa dla nas i dwa dla naszych wymyślonych kolegów – mam nadzieję, że na recepcji w to uwierzyli.

Bardzo to było duże i smaczne. Zamawiamy sobie też śniadanie na wynos i idziemy spać. Body Battery w zegarku pokazuje, że umarliśmy. Za to trener w zegarku mówi, że bardzo dobrze i że takie jazdy robią ze mnie lepszego człowieka i że bateria mojego ciała w przyszłości będzie pojemniejsza. Kim jestem by kwestionować technologię. Może nie wie, że nie damy rady odpocząć sugerowanych 45 godzin i będziemy musieli spać regenerując się 6x szybciej niż normalnie. To powinno się udać, bo zjedliśmy 3x tyle co normalnie i oddychamy dwa razy szybciej niż normalnie.
Dzień 3. 255km
Kiedyś było łatwiej ze wszystkim.
autor: Michał W. podczas próby podniesienia się z łóżka trzeciego dnia.
To kwestionowanie technologii to trochę wątpliwe. Chwytamy rano śniadanko na wynos i jedziemy z nim w plecakach przez godzinę, czekając na odpowiednią ławkę. Trasa prowadzi wzdłuż Warty, całkiem ładnymi drogami, przez las, a i wiatr się nieco uspokaja. Zapowiada się piękny dzień, choć ową ławkę udaje nam się znaleźć dopiero po godzinie. Jabłko, dwie kanapki i soczek, czyli wyprawkę klasycznego 40-latka, mającego tego dnia 6 lekcji w szkole, zjadamy na przystanku obok miejsca Bitwy pod Kluskami. True story, choć co oni wiedzą o bitwach pod Kluskami, skoro nie widzieli nas walczących z pappardelle poprzedniego dnia.

Wracając do tej technologii – chciałbym oficjalnie życzyć meteorologom nadepnięcia na klocek Lego i wywalenia się na głupi ryj… a może to nasza wina, że sprawdziliśmy prognozę dla miejsca, w którym byliśmy 200km wcześniej? Tego dnia jest bowiem jeszcze cieplej. Powietrze stanęło w miejscu przez brak mocnego wiatru, a że wjeżdżamy na Jurę, to i górki się zaczęły.
Przychodzą dwa chłopy do lekarza:
– Panie doktorze, boli nas.
– Gdzie?
– no tak między Kościerzyną, a Murzasichle.
O okolicach Olkusza oraz Zatoru i tamtejszych drogach nie będę pisał, bo mnie mieszkańcy będą bili następnym razem, gdy się tam pojawię. Wieczorem na niebie pojawiają się czarne chmury. Akurat w momencie, gdy w okolicach Zatoru musimy zacząć modyfikować trasę przez remonty. Kawałek za Andrychowem znajdujemy nocleg na Bookingu. Napełniamy więc w Żabce plecaki i kierujemy się do wspaniałego i taniego apartamentu Miodowy Raj. Bardzo dobry nocleg, z ceną, która jest odpowiednia dla Indii. Leży on w połowie podjazdu na Przełęcz Kocierską. Jak się potem okazuje – może i w połowie, ale na równoległej drodze, która jest ślepa, więc i tak potem trzeba się cofnąć. Osiągamy pewnie najdłuższy czas w historii segmentu pokonując podjazd w jakieś 12 godzin. Dzień kończymy w delikatnym deszczu, więc czujemy się usprawiedliwieni za decyzję, którą ktoś mógłby ocenić jako „miękka”. Nie wiem przed kim czujemy się usprawiedliwieni – może przed samym sobą? Ale po co i dlaczego?

Zegarek mówi, że był to stresujący dzień, ale gratuluje nam, że udało się wygospodarować czas na aktywność fizyczną.
Dzień 4.151,5km
Ku naszemu zaskoczeniu, rano pada tylko troszkę. Wyruszamy bez śniadania, bo musielibyśmy na nie czekać do 9. Trochę w górę, trochę w dół, potem znowu w górę i tak cały dzień. Z każdą godziną podjazdy stają się większe. Po godzinie rozpoczyna się ulewa, która towarzyszy nam aż do okolic Babiej Góry (czyli 2 godziny później). Na Przysłop (4,5km i 250 metrów w górę) wjeżdżamy już w delikatnej mżawce, a Przełęcz Krowiarki (jeden z największych asfaltowych podjazdów w kraju, z przewyższeniem powyżej 500m) jedziemy już w suszącym nasze ciuchy słońcu. Prognoza mówi, że musimy się spieszyć, bo deszcz ten był wstępem do nadchodzącej burzy i końca świata.

Potem jeszcze tylko Tatry, czyli Ząb, Murzasichle i Głodówka. Koniec, dojechaliśmy. Zadziwiająco krótki akapit, jak na blisko 8 godzin jazdy. Może mój mózg usunął część z deszczem i ze zmęczeniem i tyle z tego zostało? Nie wiem. Pamiętam niestety start, zakończenie i postój w dwóch Żabkach. Same przyjemne momenty, więc teoria z książki Kahnemana się zgadza.
Ostatnie 30 metrów pokonujemy oczywiście sprintem, w trupa. Ktoś z nas musi ten wyścig wygrać. Ludzie patrzą, rowery trzeszczą, na czołach pojawia się żyła. Gdyby tylko wiedzieli, że na tych ostatnich, szutrowych metrach rozgrywa się nas finisz 4-dniowego wyścigu, który wcale wyścigiem nie był, ale każdy chce wygrać. Ale to nie szkodzi – internet zna wiele wyścigów, które wyścigami nie były, a dało się je wygrać. Pozdrawiam kumatych. Jaki był rezultat? Taki sam jak przy każdym sprincie, który kończy nasz objazd trasy na Głodówce (czyli np. trzech objazdów PGR) – Rabini nie są zgodni co do odpowiedzi. Każdy z nas, w środku, w Maćku i w Michale uznaje, że wygrał. To najważniejsze.
Na Głodówce myjemy się, wsiadamy w samochód, który czekał na nas pozostawiony na parkingu przez Michała z przeszłości i wracamy do Warszawy. W domu jestem chwilę przed zmrokiem, sukces!
Nie przestaje mnie zadziwiać jak głowa szybko i sprawnie przechodzi od „ale masakra i głupota” do „fajny, przedłużony weekend”. Chciałbym kiedyś porozmawiać z kimś, kto byłby mi w stanie wyjaśnić mechanizmy ewolucyjne, które są za taki bezsens odpowiedzialne.
Szczegóły Maratonu Północ-Południe znajdziecie tutaj: https://mpp.kolo-ultra.pl/. Zapiszcie się, fajnie będzie iks de.
Piękny to był czas. Zapomnę go szybko.

We wtorek rano idę do biura. Biuro po wyjazdach jest zawsze super: jest kawa, jest krzesło, jest odpowiednia temperatura i darmowe owoce. Włączam sobie monitor z podejrzanym uśmiechem (bo kto normalny się rano uśmiecha w pracy do komputera), a tam wiadomość „hej Maciek, narysowałeś już trasę na nasz firmowy rajd rowerowy?„. Zamykam klapkę Macbooka, zaczynam iść przed siebie. Znikam za horyzontem.
POLECAMY TAKĄ PRZYGODĘ.

*z perspektywy czasu, duża część tego wpisu może okazać się nieprawdą, ale patrząc w swoje notatki, w momencie jazdy, była to prawda. Po prostu prawda wspomnień jest inną prawdą niż prawda rzeczywistości i żadne wideo dla „siebie w przyszłości” tego nie uratuje.


















































