Zacznijmy od rzeczy najważniejszych. Ten wyjazd nie miał absolutnie żadnego uzasadnienia. Gdyby zapraszano mnie do podcastów i prowadzący zapytałby „Maciek, dlaczego Eswatini?” – mógłbym odpowiedzieć co najwyżej „bo jest, bo mogłem”. Dla niektórych taka odpowiedź byłaby oczywista, dla innych pozbawiona sensu.

Bo plan miał wyglądać nieco inaczej, ale wygrało lenistwo. Loty do Johannesburga są dość tanie. Pomyślałem, że polecę tam, walizkę od roweru zostawię w sprawdzonym hotelu przy lotnisku i potem rowerem do Maputo w Mozambiku, przez Eswatini i wrócę sobie autobusem. Tylko że pokonał mnie już etap przemyśleń nad tym, jak wyjechać rowerem z Johannesburga żywym. Wyszło mi, że tylko autobusem. Mógłbym podrzucić się do Nelspruit, gdzie akurat odbywa się jakiś amatorski, kilkudniowy wyścig, pojeździć po okolicznych górach i stamtąd ruszyć do Mozambiku, z którego wrócę busem. Tych autobusów zrobiło się jednak dość dużo jak na nieco ponad tygodniowy wyjazd. Zdecydowałem się więc polecieć Ethiopian Airlines do Maputo i stamtąd zrobić pętlę po Eswatini.

Nie wiem jak to się stało, że ten wpis jest tak długi. Nie miałem prawie żadnych przygód.

Plan miał dwie wady. Wiza do Mozambiku jest jedną z najdroższych w Afryce, a poszukiwanie o niej wiadomości w internecie jest bardzo proste: informacji jest masa, niestety każda inna. Ostatecznie, po wysłaniu małego stosu dokumentów, łącznie z polskim wyciągiem bankowym i zapłaceniu 190 dolarów bez 4 centów, dostałem 30-dniową wizę wielokrotnego wjazdu. To ważne, aby była wielokrotnego, bo mógłbym się zdziwić, próbując wrócić rowerem na miejsce startu. Drugim problemem był fakt, że według internetu, Mozambik składa się z jednej, bardzo długiej i dość dziurawej, asfaltowej drogi, a poza tym to głównie piach. Factora zostawiam więc w domu i biorę ze sobą Speca Diverge z oponami 45mm.

Maputo jest bardzo daleko.

Jestem przyzwyczajony do tego, że mapy kłamią, a mimo to, ciągle mnie zaskakują. Okazuje się bowiem, że do Maputo, z Warszawy, jest dalej niż do Tokio. Poza tym nikt nie wie, gdzie ten cały Mozambik leży, a co dopiero Eswatini. Można byłoby to usprawiedliwić faktem, że swoją nazwę Eswatini ma dopiero od 2018 roku, a wcześniej był to Swaziland, ale Swazilandu pewnie też nikt nie kojarzy. Jeśli w Polsce jest z czegoś znane, to z króla, który poślubił już z 16 kobiet i ma 39 dzieci. Po szczegóły odsyłam do Wikipedii. W Wikipedii widnieje też takie zdanie, cytuję: „Wyraźnie widoczna jest pora deszczowa. Trwa ona od września do października i od marca do kwietnia.” Szkoda że nie przeczytałem go przed moim, odbywającym się na przełomie września i października wyjazdem.

Poza tym, przez pewien czas Eswatini było brytyjskie, więc generalnie ludzie mówią dość dobrze po angielsku, a Mozambik portugalski, więc mówią po portugalsku. Na mieście mówią, że jednym z powodem zmiany nazwy było, że Swaziland myli się ze Switzerland. Serio, linkuję wpis do artykułu z Vice, który zaczyna się od zdania „Swaziland ma dość być mylonym ze Switzerland, więc zmienił nazwę”. W dobie wysyłania samonaprowadzających dronów Shahaed, dobrze mieć nazwę, której nikt nie wprowadzi do systemu przypadkiem. Tak samo jak przy zamawianiu obiadu Uberem. Choć z dwojga złego lepiej zamówić wjazd do domu bardzo drogiej pizzy niż pocisku Shahed.

Do Mozambiku jeździ się na plaże, a Eswatini odwiedza się przy okazji. Np. gdy wycieczka ogląda lwy w Parku Krugera w RPA, to kolejnego dnia jedzie oglądać lwy w Eswatini.

Chciałbym rzucić jeszcze kilkoma ciekawostkami z internetu o Eswatini, ale większość z nich brzmi tak: Około 43% mieszkańców zarażonych jest wirusem HIV. Kraj ma najmniejsza oczekiwana długość życia na świecie – około 50 lat. Jednym z głównych towarów eksportowych jest azbest. Może więc lepiej przejdę do wpisu.

Akapit dla nielubiących czytać.
Nie polecam, ale polecam.

Nie warto. Jest na świecie dużo ciekawszych miejsc do odwiedzenia, choć mi się podobało. Była to jednak najprostsza organizacyjnie, logistycznie i „przeżyciowo” afrykańska wycieczka, na której byłem. Prawie wszyscy porozumiewają się po angielsku. ANI JEDNA osoba nie chciała ode mnie pieniędzy podczas całego wyjazdu. Powtarzam: ani jedna. Not a single „hey mzungu, give me money”. W ogóle przemykałem jakiś niepostrzeżony. Zdziwienie bardziej budził rower niż mój kolor skóry, a przyznam, że poza parkami narodowymi, białasów widziałem dokładnie zero. Zamiast okrzyków i zaczepek, widziałem głównie uniesione w górę kciuki na mój widok. To plus i minus, ciężko powiedzieć.

Jest tak bezpiecznie, stabilnie, nieinwazyjnie i inaczej niż w kilku innych, odwiedzonych przeze mnie „egzotycznych” krajach, że aż nudno. Jakkolwiek głupio to brzmi.

Sama trasa też nie jest specjalnie porywająca, bo niezwykle trudno było mi zjechać z asfaltu. W Mozambiku od razu się zakopywałem, w Eswatini drogi terenowe prowadziły zazwyczaj donikąd, a tarka skutecznie zniechęcała do eksploracji. Z opisów w internecie wynika, że w tym pierwszym drogi są tak złe, że nawet zakopując się na nich rowerem, dystans pokonuje się szybciej niż samochodem.

Jeśli chodzi o pogodę: Wikipedia nie kłamała. Dwa dni to ukrop i lampa, dwa to przyzwoita do jazdy pogoda, choć mocno wietrzna, reszta to piździawa i ulewy.

Poza tym żywiłem się głównie KFC, bo w sklepach nie ma praktycznie nic do szybkiego zjedzenia poza krakersami, czipsami, batonami i Colą, a spałem w najdroższych hotelach w okolicy i dalej były bardzo przystępne cenowo. Eswatini jest dwa razy mniejsze niż województwo Mazowieckie, ale krajobraz zmienia się bardzo szybko: są sawanny, góry i lasy deszczowe, więc każdy dzień był zupełnie inny od poprzedniego. Drogi są praktycznie puste, a kierowcy przyjaźni. Chyba że na krajówce przecinającej kraj w poprzek i prowadzącej do stolicy, tam nie. Ale tego się mogłem w sumie domyślić, widząc jednopasmową drogę bez pobocza, na której ograniczenie prędkości to 130km/h.

Generalnie, wydaje się to fajną trasą, dla osób z podejściem: „chciałbym do Afryki, ale trochę się cykam”. Bo patrząc obiektywnie, sama wizyta na rowerze w rezerwatach Mantenga lub Mbuluzi i nieskrępowana przejażdżka pomiędzy zebrami, gnu, żyrafami, a może i nawet krokodylami, jest niezapomnianym przeżyciem i niewiele miejsc na świecie zapewnia to w takim komforcie i cenie jak Eswatini. Niewiele jest też miejsc, gdzie tak łatwo można spotkać całą legendarną, zwierzęcą „The Big Five” i to w tak niskiej cenie. Więc w sumie jednak polecam. Mimo że ten rozdział zaczynałem inaczej. Mam nieodparte wrażenie, że bloga piszę sam dla siebie, aby uporządkować myśli.

Z biureczka w Warszawie do łóżeczka w Maputo.

Rano idę do Żabki. Kupuję 10 kanapek i Mentosy. Liczę na to, że kasjerka zapyta mnie o cel takiego zakupu. Ja wtedy odpowiem, że to rozwiąże problem głodu w Afryce, a potem dodam po cichu „mojego”. Pani się zaśmieje, do lokalu wejdzie kierowca autobusu i będzie bił brawo. Tymczasem słyszę tylko: „Chce pan Wojanka do tego?”. Nie byłem na to gotowy, nie wiem. Do końca dnia zastanawia mnie ten Wojanek.

Z pracy wychodzę, a może i nawet wybiegam koło 17. Abym zdążył na samolot, podrzucić mnie musi kolega z biurka obok. Za 17-godzinną podróż z międzylądowaniem w Wiedniu i przesiadką w Addis płacę niecałe 4300zł. Dużo, ale i godziny są niezłe, bo wylatuję w czwartek po pracy, a wracam w niedzielę rano, więc i zdążę odespać wyjazd po powrocie. W podobnej cenie był powrót w poniedziałek rano, zaraz przed pracą, ale jestem na to zbyt stary. Nie dokupuję żadnego bagażu. Nie dlatego, że nie chcę, tylko dlatego, że w Ethiopianie nie da się kupić bagażu sportowego. Próbowałem w przeszłości i wiem, że to niemożliwe. Chyba że chciałoby się kupić po prostu dodatkowy bagaż i określić jego rozmiar „w telewizorach”, wtedy się da, ale nie jest to dobra strategia.

Podchodzę do oprawy na Okęciu z miną Głupiego Jasia. To coś pomiędzy uśmiechem, a całkowitą pustką w głowie i widocznym brakiem jakichkolwiek refleksji. Po 9 godzinach w biurze, w którym średnio raz na dwie minuty padało słowo „agent” lub „AI”, bardzo prosto mi taką minę utrzymać. Podaję pani paszport i. pewny siebie wrzucam rower na wagę. Pani drukuje bilecik i odsyła mnie do oversize. Załatwione. Zapłaciłem dokładnie zero za przewóz roweru, więc cena biletu nagle stała się atrakcyjna i zbliżona do wersji, w której leciałbym Qatarem do Johannesburga. Wakacje jeszcze się nie zaczęły, a ja już wygrałem i mam dobry humor.

W Maputo ląduję koło 13:00 kolejnego dnia. Visa, którą wydrukowałem i opłaciłem okazuje się nie visą, tylko potwierdzeniem, że mogę ją dostać. Kilka bardzo mocnych uderzeń pieczątką później, jestem już legalnym turystą na najbliższe 30 dni. Mam wrażenie, że wśród celników istnieje konkurs na najmocniejsze wbicie stempla i najmocniejsze uderzeniem paszportem o biurko. Gdzieś po drodze dostaję też na WhatsAppie wiadomość z hotelu, że przegapili moją prośbę o transport, ale chętnie wyślą taksówkę. Potrzebuję około 25 wiadomości i 3 rozmów telefonicznych, aby zrozumieć, że jak gość mówi, że jest w środku i czeka na mnie przy wyjściu, to znaczy, że jest w środku swojego auta, a nie budynku. Przez ten czas, w którym to dogadujemy, zdążyłbym już pewnie podjechać dowolną inną taksówką, czekającą przy wyjściu z terminala. Wtedy też się dowiem jaki to jest kraj. Nauczyłem się bowiem oceniać kraj po taksówkach jego – taksówkarzy traktuję jak papierki lakmusowe: uczciwość, siłę nagabywania, chęć pomocy i rozmowy.

Po drodze prawie giniemy tylko raz. Gdy podczas naszego lewoskrętu, mijamy czołowo, na centymetry samochód, który robi prawoskręt. Mój kierowca rozśmieszony rzuca coś w stylu „he he he, crazy people playing with phones!”. I dodaje, abym uważał na rowerze. Tłumaczy mi jednak, że w Maputo jest bardzo bezpiecznie i nie muszę się niczego obawiać i że w ogóle Mozambik jest świetnym krajem, ludzie są mili i będę zachwycony. Nieco mi się to nie spina z powiadomieniem, które dostałem podczas wykupywania ubezpieczenia: „Na wskazanym obszarze istnieje ryzyko wystąpienia działań wojennych. Sugerujemy rozszerzenie ubezpieczenia o ochronę przed ich skutkami w kolejnych krokach.”. Z internetowego wywiadu okazało się, że to prawda, ale tylko na północy, przy granicy. To ze trzy razy dalej niż z Warszawy do Kijowa.

O to samo pytam potem typa w hotelu, który odprowadza mnie do pokoju. Mówi, że spoko, luz, bezpiecznie, wszystko dobrze. Tylko żebym telefonu raczej nie wyciągał, aparat trzymał w plecaku, a jak wyjdę w hotelu to szedł raczej w prawą stronę, a nie w lewą. Ale tak to bardzo bezpiecznie. Na potencjalne konfrontacje przygotowuję się zawsze poprzez poznanie najważniejszej osoby z danego miasta. Zawsze można wtedy wspomnieć, że jest się fanem i stąd taka wizyta. W tym przypadku jest to piłkarz Eusébio da Silva Ferreira, zwany „Czarną Panterą”. Dobrze wiem, że w stresie i tak powiem Różowa Pantera.

Za noc w INCANTO RESIDENCIAL płacę 240zł. To jeden z najdroższych noclegów w okolicy. W cenie jest śniadanie, ale od 7 rano, a o tej porze to ja już jadę rowerem proszę pana, bo mam dobre połączenie. Nie szkodzi, kanapki z Żabki są ciągle świeże. Noclegi droższe niż 400zł można policzyć na jednej ręce, a najdroższym, który mi się udaje na Bookingu wypatrzeć to nowoczesny wieżowiec Radisson Blu, przy plaży, z widokiem na morze, za 900zł. Byłoby mi jednak w nim niezręcznie składać rower.

Jestem już stary, nie chce mi się od razu ruszać w przygodę, szczególnie, że ciemno robi się już przed 18:00. Skręcam rower, idę na spacer po okolicy i w spanko przerywane zerowaniem zapasów kanapkowych. Pierwsze wrażenie o mieście? Trochę Rybnik, trochę Lizbona, trochę dowolne inne afrykańskie miasto, lecz czyste, mimo że brudne. To zjawisko, które ciężko opisać. Bo patrzysz i myślisz sobie, że jest brudno, ale śmieci wcale nie jest więcej niż u mnie na osiedlu. Może to pył, może liczne remonty, może niezbyt zadbane, lecz w większości bardzo ładne budynki. Lizbona miałaby mocną konkurencję, gdyby pojawiły się tu sensowne pieniądze.

Odwiedzam oczywiście najbardziej znaną katedrę w mieście o pięknej nazwie: Catedral Nossa Senhora da Conceição de Maputo. Podobno mają tam specjalny ołtarzyk dla Papieża Polaka. Czy wybór noclegu uzależniony był od odległości do tej katedry? Może. Niestety, o 16 jest zamknięta, mimo że według Google Mapsów powinna być otwarta cały dzień. Pytam lokalnego przypadkowego, obnośnego sprzedawcy magnesów. Odpowiedz oczywiście wymyśla i nic mi ona nie daje, ale za to po wymianie kilku zdań obiecuję, że jak tu wrócę za tydzień, coś od niego kupię. Mam pecha, tydzień później on dalej będzie tam stał, ja również, a katedra dalej będzie zamknięta.

Przed zaśnięciem robię jednak jeszcze rzecz najważniejszą. Rozsyłam zdjęcia w stylu „jestem w Mozambiku, stoję na patyku”, albo przy kamyku, pomniku, krawężniku, ewentualnie, że robię siku. Jestem zachwycony z iloma słowami rymuje się Mozambik, co widać nawet w tytule tego wpisu. Moje bardzo głęboko skrywane, nawet przed samym sobą marzenie, by na 40. urodziny stanąć w Mozambiku na patyku zostaje spełnione. Nie wiem jaki kolejny cel mogę obrać w życiu, ale na ten moment skupiam się, aby po prostu przeżyć kolejne 8 dni. Potem pomyślę.

Z łóżeczka w Maputo do łóżeczka w Eswatini.

Pomiędzy Mozambikiem, a Eswatini granice są dwie. To znaczy technicznie rzecz biorąc, patrząc na widok satelity – są trzy. Tylko przekraczając tym trzecim granicę, sczeznę w więzieniu i pewnie nawet nie dostanę do wyboru po której stronie wielkiej góry. Bo pomiędzy tymi dwoma krajami znajduje się pasmo górskie, które wygląda jak wielki mur z Gry o tron. Patrząc dalej na południe, ten sam mur oddziela Eswatini od RPA.

Plan jest bardzo prosty – pierwsze 40 kilometrów jadę główną drogą: N2. Brzmi to jak druga najważniejsza arteria kraju i tak pewnie jest, bo w stolicy zmienia się w N1, która ciągnie się blisko 2500km na północ, a mimo to nie dociera do granicy z Tanzanią. Wspominałem już, że Mozambik to bardzo duży kraj?

Wyjazd jest OK, z samej stolicy wydostaję się w kilkanaście minut, a potem całkiem niezłym asfaltem, przemierzam niekończącą się wieś. To mocne słowo, bo miejscowość Matola, z którą graniczy Maputo ma ponad milion mieszkańców, czyli tyle co stolica. To łącznie więcej niż Warszawa. Tylko, że jak mieszkańców rozłoży się nie w bloki jak u nas, a w domki, to całość zaczyna zajmować sporą powierzchnię. Widok z samolotu był nieco zaskakujący, bo i owszem, są dzielnice blaszanych chatek, ale w okolicach głównej drogi dominują jednak niewielkie wille z basenami i z góry przypomina to nieco Konstancin. Poza tym, jest czysto – zaskakująco czysto. Na poboczach ludzie usuwający kosą chwasty, na ulicach zamiatające kobiety, ludzie ładnie ubrani, eleganccy. Zupełnie mi to nie pasuje. Znowu łapię się na tym, że moje wyobrażenie biedy łączy się z brudem i syfem, a tak przecież nie jest i każdy kolejny wyjazd to potwierdza.

Przez moment czuję się jak w domu – pomiędzy dwiema, dwupasmowymi jezdniami uprawiana jest jakaś kapusta. Zapach przypomina mi podwarszawskie Gassy. Trzeba tylko uważać, na Gassach na pinezki, a tutaj na szkło. Na drodze jest bardzo dużo szkła i pojawia się ono bardzo często – nie wiem jakim cudem, nie przebiłem ani razu opony. A może przebiłem, tylko się uszczelniła? Nie wiem, boję się sprawdzać.

Po drodze mijam patrol, który celuje we mnie półautomatyczną bronią. Potem okazuje się, że mierzą prędkość jakimś starodawnym przyrządem. Na drogach pełno przystrojonych w kwiaty samochodów – chyba trafiłem w okres ślubów – w końcu sobota. Po raz pierwszy też spotykam nawierzchnię, którą można określić jako „tarka na asfalcie”.

Dojeżdżam tak cywilizacją do niewielkiego miasta Boane. Wtedy jeszcze nie wiem, że tydzień później będę tu po zmroku szukał noclegu. Skrzyżowanie wygląda jak Stadion Dziesięciolecia w latach 90 – jeden wielki targ. Odbijam w mniejszą drogę, a potem w jeszcze mniejszą, cały czas asfaltową, choć coraz mniej. Od tego czasu samochód widuję maksymalnie raz na kilkanaście minut, a może i znacznie rzadziej. Nie wiem, czas w takich miejscach nieco się zaburza. Okolica wydaje się nieco bogatsza, pojawiają się nawet całkiem ładne domy. Czasem myślę, że mógłbym w takim zamieszkać. Tydzień później, zrozumiem, że jednak nie. Dookoła głównie kukurydza, maniok i ziemniaki. Jest nawet całkiem spore jezioro i rzeczka, a na horyzoncie zaczynają pojawiać się wzniesienia – to znak, że zaraz wyjadę z kraju. Od granicy dzieli mnie tylko 400 metrów podjazdu w upale i prażącym słońcu, a potem jeszcze 200.

Pokonanie granicy jest prostsze niż podjechanie pod nią. Przynajmniej wtedy, gdy ma się świadomość, że to na przejeżdżającym spoczywa obowiązek zdobycia pieczątek i papierków. Inaczej może się zdziwić, tak jak ja, rok wcześniej, w Tanzanii. W której przecież nigdy nie byłem, bo gdybym był, musiałbym iść do więzienia za bycie nielegalnym imigrantem. Zostawiam więc rower, i idę do okienek. Zabawne, bo w kierunku Eswatini jadą sami biali ludzie, a w kierunku Mozambiku sami czarni. Boję się zrobić zdjęcie, ale widok jest jak z jakiegoś mema.

Celnik pyta mnie gdzie jadę. Nie odpowiem przecież, że wszędzie. Znam jedną miejscowość – Mbanane i wiem, że to jedyna słuszna odpowiedź. Potem się okazuje, że to Mbabane. Dostaję karteczkę z napisem, że jestem rowerzystą i nie muszę zapłacić za wjazd. Pokazuję karteczkę i pieczątkę 10 metrów dalej – strażnikowi. Strażnik dzięki temu wie, że jestem rowerzystą i przepuszcza mnie. Gdybym jej nie miał, pewnie uznałby mnie za samochód i wracałbym uiścić płatność. A tak zaoszczędziłem, znowu profit.

Every gal in Constantinople Swaziland
Lives in Istanbul Eswatini, not Constantinople Swaziland

They Might Be Giants
Istanbul (Not Constantinople)

T-Mobile wita mnie w Swazilandzie, a taki kraj przecież nie istnieje. Jadę niekończącym się, pustym, idealnie równym asfaltem. Po bokach widok po horyzont, bo przecież jestem dość wysoko. Przecinam chyba jakiś rezerwat, bo po obu stronach drogi jest siatka. Wspinaczka kończy się w miejscowości Siteki, w której witają mnie KFC i jego lokalny odpowiednik Hungry Lion. Ignoruję wszystko i jadę dalej. Kawałek wcześniej wydałem 37ZAR (czyli niecałe 9zł) za litr Coli i półtora litra wody. Znowu się nie przygotowałem i nie mam pojęcia ile to jest, ale widzę, że w portfelu mam kilkanaście tysięcy tej waluty, więc nie może być źle. W Eswatini mają swoje pieniądze, ale ich kurs jest 1:1 z południowoafrykańskim randem, więc można używać ich zamiennie. Przynajmniej tutaj, bo w RPA pieniędzmi z Eswatini się nie zapłaci – sprawdzone. W sklepie przypominam sobie jednak rzeczywistość, w której na półkach nie ma nic, co mogłoby uratować kolarza. W najlepszym wypadku można kupić krakersy i Colę. Chyba, że ktoś chce wieźć 10-kilogramowy worek ryżu lub 15 litrów oleju do smażenia. W Siteki oczywiście był wspaniały Spar, wyposażony jak nasze europejskie sklepy, ale zużyłem już swoją kartkę z Monopoly o nazwie „postój w czasie jazdy”. Wiedza o jego istnieniu bardzo mi się jednak przyda w przyszłości.

Zjeżdżam drogą, która równie dobrze mogłaby być w Toskanii, bo po horyzont pagórki. Jest jedna zasadnicza różnica, na zachód, w dole, rozciąga się po horyzont płaskość. Eswatini, pomimo swojej małej powierzchni, jest niesamowicie różnorodne. Jednego dnia można być w całkowicie odmiennych krainach i moja właśnie się zmienia. Teraz jadę po płaskim, na południe, z wiatrem w plecy. Po bokach pola uprawne lub rezerwaty przyrody. Po lewej ściana dzieląca mnie od Mozambiku i RPA. Po prawej uprawy, opryskiwacze i gdzieś bardzo daleko, nieśmiało wyłaniające się pagórki.

Przez następne 40 kilometrów droga ma dwa delikatne łuki, ale to nie szkodzi – pędzę jak rakieta bijąca rekord prędkości na pustyni. Na liczniku liczby z przedziału 35-40km/h. Aż do momentu, w którym zaczynają spadać. Przypominam sobie, że jadę od ponad 8 godzin, pokonałem około 170km i zjadłem ze 3 batoniki śniadaniowe z Decathlona i Colę. Czas na bombę. Mijam sklep o pięknej nazwie „Thanks god Grocery”. Pewnie w przeszłości nie miał nazwy i dostał od człowieka takiego jak ja. Omijam go jednak, bo przede mną miejscowość Big Bend. Pamiętam jak o nim czytałem – drugie lub trzecie największe miasto w kraju. I faktycznie tak jest, szkoda tylko, że jadąc główną drogą, całkowicie je omijam. Tu warto nieco uszczegółowić wiadomość – jest to trzecie co do wielkości miasto w kraju, ponieważ ma 7 tysięcy mieszkańców. Dla porównania, w gdańskim Falowcu (to taki blok), mieszka raptem tysiąc osób mniej.

Życie ratuje mi duża stacja benzynowa, która wygląda jak zajazd dla TIRów – ma nawet swoją piekarnię. Nie jest to niestety stacja Puma. Większość stacji w kraju to sieć Puma i przez wiele godzin zastanawiam się jak użyć dowcipu o jajach z gumy wchodząc do Pumy. Nie oceniajcie, słońce świeci mocno, a kalorie trafiają do nóg zamiast do mózgu. Tego wytłumaczenia użyję jeszcze wielokrotnie podczas wyjazdu.

Pani w piekarni niby mówi po angielsku, jak wszyscy, ale jakoś nam się rozmowa nie klei. Pokazuję palcem kolejne ciastka. Są muffiny – biorę takiego z toffi i takiego z orzechami. Potem jakiś rulonik z kurczakiem – doskonały, choć z potencjałem – jeśli wiecie o czym mówię. Pani proponuje takie ciastko-pasztecik z kurczakiem i grzybami. Dobrze wiem, jak kończy się jedzenie rzeczy z grzybami na wyjazdach, więc uprzejmie dziękuję i proszę o inne. Dostaję inne, jak się okazuje zamiast kurczaka i grzybów, ma same grzyby. Po pierwszym gryzie wyrzucam je, korzystając z okazji, że nikt na mnie nie patrzy.

Siadam na krawężniku, pod okienkiem do płacenia. Jak się okazuje, jest to najgorsze miejsce. Na stacjach, ludzi z obsługi jest tak dużo, że każdy kierowca dostaje minimum jedną osobę. Taka osoba leje benzynę, następnie bierze pieniądze, idzie z nimi do okienka i przynosi resztę – niesamowite. Co chwilę więc obsługa musi mnie przeprosić i dostać się do okienka. Kasy są więc chyba tylko do zakupów. Podczas przesiadania się, wypada mi z papierowej torebki muffin i toczy się tak przez pół parkingu. Tak w zwolnionym tempie, wszyscy na niego patrzą, a ja nie mam siły szybko wstać i go uratować. Oczywiście, że podnoszę go potem z ziemi i zjadam. I tak zapomniałem umyć lub zdezynfekować rąk przed jedzeniem, więc gorzej nie będzie. Jadę dalej.

Z nudów odbijam w jakąś boczną drogę, aby sprawdzić, czy może terenem da się zobaczyć coś więcej niż pola. Po około 500 metrach muszę się wycofać. Aby nie wyjść na lamusa wobec ludzi, których mijałem wjeżdżając w to pole, idę siku. Pochlapałem sobie trochę spodnie, więc będą wiedzieli że skręciłem tu tylko po to, aby się wysikać. A nie że pokonała mnie tarka, która wybija zęby.

Według widoku satelity na Google Maps, jadę czymś, co przypomina odwrotne kręgi zbożowe. Tak jak u nas są to wykoszone koła w polu, tak tutaj koła są zielone pośrodku suchości. Wygląda to jakby kosmici kradli u nas okręgi i przenosili je tam. A jeśli kosmici to po prostu afrykańscy mieszkańcy Wakandy, którzy wykorzystując technologie przyszłości kradną nam uprawy? Ku mojemu zdziwieniu, tak nie jest. Okazuje się, że to efekt kilkusetmetrowych podlewaczek, które są takim olbrzymim ramieniem jeżdżącym wkoło. W ogóle liczba systemów podlewających jest tutaj imponująca.

Ależ dobrze mi się jedzie, nie zauważam nawet, że słońce znika powoli za horyzontem. Omijam swój zaplanowany w najbardziej optymistycznej wersji nocleg: Royal Jozini Private Game Reserve za 400zł, bo leży w centrum rezerwatu ze zwierzętami, a nie w centrum miejscowości ze sklepami i docieram tak do końca kraju. Dosłownie, do granicy z RPA. A A przecież wjechałem do kraju prawie na północnym skraju. Miejscowość, którą tam znajduję różni się nieco od tej, którą sobie wyobrażałem. Jest tam jednak nocleg: „ROADSIDE B&B”. Podjeżdżam pod niego i od razu żałuję. Jest środek imprezy, otaczają mnie lokalsi, każdy coś mówi, ktoś mnie chwyta za ramię i zaprasza do środka. Oczywiście wszyscy ekstremalnie pozytywni, ale nie jest to miejsce, w którym chciałbym spać. Pytam o alternatywy – mówią, że nie ma. Pokazuję na mapie, że coś tam jednak jest – odpowiadają coś o rezerwowaniu w internecie, nic nie rozumiem. Jadę go poszukać i faktycznie nie znajduję go. Nawet ludzie mieszkający w domku obok nic o nim nie wiedzą. Jest już całkiem ciemno. Przy drodze jakaś impreza, zebrało się pewnie ze 100 osób albo więcej. Wszyscy patrzą w pole, nie wiem o co chodzi. Pytam losowych ludzi, nikt nic nie wie. Ktoś poleca mi ten luksusowy nocleg, który minąłem kilkanaście kilometrów wcześniej. Na liczniku mam prawie 240 kilometrów i nie chcę się cofać. W końcu okazuje się, że gdzieś całkowicie z boku, idąc wąską ścieżką, wzdłuż płotu dzielącego mnie od Południowej Afryki, jest lodge. Na mapie wyświetla mi się Digital marketing – kaplica ślubna, ale faktycznie, jest przybytek z knajpą – obok ukrył się Lavumisa Lodge. To schronisko narciarskie ma mocne 2,8 gwiazdki na Googlach – nie wiem dlaczego, podobnie jak w Lesotho, wiele pensjonatów oznaczonych jest na Google Maps jako schronisko narciarskie.

Gdybyście szli w moje ślady to zmieńcie planowany nocleg na tamten luksusowy lub w ogóle na te wgłąb rezerwatu. Jest szansa, że obudzą Was wtedy słonie, nosorożce, czy inne gepardy, a nie muzyka i krzyki.

Podchodzą do mnie dwie miłe panie, pokazują pokój. Wchodzę i wychodzę – od razu. Pytam o jakiś bardziej luksusowy. Pokazują mi bardziej luksusowy, za 350ZAR, czyli 80zł. Powiem tak – pokój miał pewne zalety. Na przykład: łóżko, ściany, wiszące pod prysznicem damskie, koronkowe gacie, wiatrak pod sufitem. Ciężko doszukać się innych. Pytają jeszcze czy piję alkohol i czy idę z nimi do restauracji oddalonej o 20 metrów. Gdybym chciał umrzeć to oczywiście bym poszedł, ale nie chcę. Pytają więc, czy trzeba wydać ze 400ZAR, które dałem. Jestem nieasertywny, mówię, że oczywiście nie trzeba i mogą iść imprezować.

Wieczorem, już po ciemku, idę na zakupy do lokalnego supermarketu. Jest całkiem nieźle wyposażony. Gdybym miał wymienić co w nim kupiłem, wpis byłby dwa razy dłuższy, ale powiedzmy, że dietę opieram na sokach, jogurtach i płatkach owsianych. W sklepie panuje klimat jak w Żabce przy Stadionie Narodowym na 2 godziny przed rozpoczęciem imprezy o nazwie Roztańczony Narodowy. Klimat delikatnie mówiąc: młodzieżowy, imprezowy. Nie budzę specjalnej sensacji, czasem ktoś się tylko przywita. Dopiero pani przy kasie rozpoczyna dłuższą rozmowę zwracając uwagę na moją torbę. Faktycznie, idę przez eswatyjską wioskę na granicy z RPA, po ciemku, jakąś boczną ścieżką, niosąc zakupy w 25-litrowej żółtej, materiałowej torbie w kaczki. Tak, to ja, na wakacjach. Przed zaśnięciem patrzę jeszcze na Garmina – mówi, że powinienem po tym dniu odpoczywać 90 godzin. To się zdziwi…

Dużo niczego, dużo trudnego.

Nie była to najlepsza noc mojego życia. Mimo że w łóżku spędziłem sporo godzin, to zegarek mówi o przespaniu lekko ponad 5, z 8 i pół potrzebnych. Było to zdecydowanie najgorsze spanie w tym roku, choć złośliwy, znający przyszłość powiedziałby: „Najgorszy sen w tym roku PÓKI CO”. Winne oczywiście są komary i brak klimy. Jest albo gorąco albo wiatrak wdmuchuje mnie w materac. Czy nie wziąłem z domu nic na komary? Jestem doświadczonym podróżnikiem – oczywiście, że wziąłem. Wszędzie były ostrzeżenia o komarach, a poprzedniego dnia minąłem pewnie z 10 billboardów ostrzegających o malarii. Tylko że zupełnie świadomie zostawiłem preparat w hotelu w Maputo, bo stwierdziłem, że zajmuje dużo miejsca i że w ogóle się nie przyda. Cóż, podejmowanie decyzji w drogim hotelu jest tak samo dobre, jak planowanie wycieczki po Afryce przy biurku w domu. Wyobrażam sobie, jak pół roku później, gdy okaże się, że jednak mam malarię, lekarz pyta: „DEET na komary nie pomógł?”, a ja mu odpowiadam, że zajmował za dużo miejsca w bagażu i niemiałbym już miejsca na zakup pluszowej, afrykańskiej baby na straganie.

Otwieram rano oczy i patrzę na zagarak, aby sprawdzić czy jestem zmęczony. Body Battery wynosi 20, czyli jeszcze nie umarłem – dobrze, mogę jechać. O 7 rano miasto jest puste, pojawiły się tylko pieski na poboczach. Niesamowite, bo mimo tego tłumu wieczorem, nie ma w okolicy śmieci. Park Skaryszewski w niedzielny poranek wygląda zdecydowanie gorzej.

Drugi dzień podsumować można bardzo łatwo. Jest bardzo dużo, bardzo długich, bardzo pustych i bardzo dobrych asfaltów. Jest też pochmurnie, czasami nawet nieco pada, a prognoza mówi, że od jutra koniec lata i już tylko zimne i mokre nieszczęście. Żeby nie było za łatwo, jadę już teraz na zachód, bo na południe kraj się skończył, dzięki czemu wieje mi niemiłosiernie prosto w ryja. To jednak mały problem, bo zaczęły się górki, więc nie wpływa to znacząco na moją prędkość. Jadę tak z 90 kilometrów, niezbyt często przekraczając 20km/h. Mijam niewielkie wioski i w zasadzie jedyną atrakcją są liczne przystanki autobusowe, pomalowane w hasła o HIV i kondonach. Jest w tym coś niestosownie i prymitywnie zabawnego, gdy widzisz człowieka siedzącego na przystanku, a za nim namalowane 4 gumki, piłka i tekst „nie daj HIVowi strzelić sobie gola”. Trochę się wstydzę tego, że mnie to śmieszy, ale wtedy nie wiem jeszcze o tych 40% ludzi zakażonych w okolicy.

Docieram do Nhlangano, pierwszego miejsca, w którym można byłoby zakończyć dzień, ale nie ma jeszcze 13:00, więc trochę głupio. Zachodzę do sklepu, w którym można kupić Colę, żelki i uzupełnić bidony po 5 godzinach jazdy. Dosiadam się do jakiegoś typa na ławce. Denerwuje mnie trochę, że wszyscy tu robią wszystko tak bardzo wolno, są tacy wyluzowani i jacyś tacy, przynajmniej z pozoru, zrelaksowani. Rozmowa wygląda klasycznie: skąd jadę, dokąd, po co, gdzie śpię, co jem, jak piorę rzeczy. Żadnej ze swoich odpowiedzi nie umiem rozsądnie wytłumaczyć. A może po prostu nie ma rozsądnego wytłumaczenia. Przecież zamiast pedałować po kilkanaście godzin dziennie w zimnie, cieple, suszy i ulewie, mógłbym siedzieć w luksusowym hotelu, przy basenie, a czasem dać się nawet zabrać na przejażdżkę w stylu safari.

Jakaś nieuzasadniona moc w mojej głowie wmawia mi zawsze, że lokalsi wiedzą jaka będzie pogoda. Zadając im to pytanie, mam cichą nadzieję, że wezmą pod uwagę wieloletnie doświadczenie w obserwowaniu klimatu, spojrzą na niebo, przypomną sobie co się dzieje zazwyczaj pod koniec września, skonfrontują to ze stanem nieba i kompleksowo odpowiedzą. Pytam więc o to gościa na ławce pokazując czarne chmury na horyzoncie. Gość odpowiada tak samo jak wszyscy, zawsze, niezależnie od kraju. Wyciąga telefon, sprawdza na nim pogodę i mówi, że może padać albo może nie padać i że jutro też będzie padało albo nie będzie padało. Dziękuję mu i jadę dalej.

Kulam się na północ, krajobraz mocno się zmienił. Do tej pory było raczej sucho, pomarańczowo i smutno, teraz robi się bardziej zielono i pojawiają się nawet lasy. Jestem kilkaset metrów wyżej, nieco ponad tysiąc metrów nad poziomem morza – to drugi dzień w Eswatini i 3 zupełnie inny typ krajobrazu w tym kraju. Bardzo to wszystko fajne, lecz drobnym problemem staje się całkowicie czarne niebo rozświetlane co chwilę piorunami, które wyraźnie mnie goni. Postanawiam więc co sił w nogach piąć się do góry, bo potem czeka, mnie według planowanego profilu, kilkadziesiąt kilometrów delikatnego spadku w dół.

Odpuszczam drogę wiodącą objazdem na sam szczyt – widoki i tak będą podobne, ominę co najwyżej wieś, w której byłby potencjalny nocleg. Plan się sprawdza, bo utrzymuję stałą przewagę nad chmurami i tak się jakoś ten dzień toczy. Przy każdym potencjalnym noclegu oceniam sytuację i stwierdzam, że jeszcze kawałek na pewno się uda.

Na 145. kilometrze docieram do zaplanowanego hotelu. Jest gdzieś z boku, nie widzę go, w okolicy nie ma nic. Boję się nocować bez sklepu w okolicy, więc ryzykuję i jadę dalej. Poza tym jest 15:30 – byłaby to marnancja wakacji. 3 kilometry dalej jest kolejny – tym razem luksusowy, z supermarketem przy samym wejściu: Olive Country Lodge za 430zł. Wygląda jak spełnienie marzeń i naprawdę ciężko mi znaleźć powody, aby w nim nie stanąć. Pewnie nawet komarów tam nie ma, a i głowę można byłoby na poduszce położyć. Poza oczywiście taką wadą, że jest 15:37, a deszcz dalej nie leje. Do Manzini – największego miasta w kraju zostało mi ponad 40 kilometrów, nie było ani jednego momentu tego dnia, w którym uznałbym, że dojechanie tam jest możliwe. W tym momencie również tak nie uważam, ale jadę dalej.

Mijam jeszcze kilka odbić do noclegów, bo z każdym jest coś nie tak w mojej głowie i docieram do cywilizacji. Chwilę się zastanawiam, czy to nie fatamorgana, bo jest SPA, jest hotel z polem golfowym, SPAR, KFC i w ogóle wszystko. Na mapach KFC nie było na pewno. Zaczyna też lać deszcz. Chowam się w KFC, bo przypomniało mi się, że od śniadania, które było 10 godzin jazdy wcześniej, zjadłem ze 2 batony, Colę i opakowanie żelków. Gryząc ostatniego z nich przeszła mi przez głowę myśl, że być może nie jest to najlepszy pomysł oblizywać palce z cukru w czasie jazdy. A może przypomniało mi się to widząc jak kasjerka dosypuje mi do Coli kostki lodu, które pewnie robione są z kranówy?

Słyszę plusk tych twardych kostek wpadających do kubka i mam poczucie, że to nie jest odgłos, który w najbliższej przyszłości usłyszę w łazience. Niestety mam rację.

Powiększony zestaw w KFC kosztuje mnie nieco powyżej 20zł i od teraz będzie to moje najczęstsze danie. Stanę w każdym mijanym KFC i wezmę dokładnie ten zestaw. Dość późno odkrywam, że jest on problematyczny. Z obserwacji wynika, że jestem chyba jedyną osobą w kraju, jedzącą w KFC kurczaka w bułce, a nie skrzydełka. Za każdym razem czekam więc na zamówienie lekko 10x dłużej niż wszyscy inni. Tłumaczę to sobie względami higieny, ale przecież w jedzeniu frytek mi to nie przeszkadza, a w każdym lokalu jest nie tylko łazienka, ale i kącik do mycia rąk, wyposażony nawet w żel antybakteryjny. Obserwuję sobie w spokoju, pod dachem, deszcz, który właśnie się zaczął i połową głowy jestem w szoku, że nawet tutaj dotarły już tekturowe słomki zamiast plastikowych, a połową zastanawiam, jaki wymyślić powód, aby nie stanąć w SPA, do którego mam pewnie kilometr. Bo przecież do zmroku jeszcze z godzina, to może i do tego miasta bym dojechał.

Szok i niedowierzanie – jak człowiek zje jedzenie, to znowu ma siłę. Zaskakuje mnie to za każdym razem od 15 lat. Z KFC wychodzę w okienku pogodowym i zanim zdąży się ono zamknąć, jadę już w stronę miasta. Moknę tylko trochę, ale na minuty przed zachodem, w huraganie który kilka minut później przyniesie olbrzymie oberwanie chmury, dojeżdżam do Manzini – największego miasta w kraju – 100 000 mieszkańców, a mimo tego, nie stolica. Melduję się „The George Hotel & Casino” – najdroższym i najbardziej luksusowym hotelu. Płacę 450zł za nocleg ze śniadaniem. Z plusów: na przeciwko jest centrum handlowe z wielkim SPARem, którego nie powstydziłaby się niemiecka wieś. Z minusów: aby dostać się z rowerem do mojego pokoju, muszę minąć salę konferencyjną, basen, bar, kasyno, kilka korytarzy, niezliczoną liczbę innych pokoi i ambasadę Rwandy.

Wieczorem idę jeszcze do SPARa kupić rzeczy, których nie dam rady wieczorem przejeść. Robię pranko i idę w kimono wsłuchując się w burzę i ciesząc, że skoro teraz pada, to rano już nie będzie.

Pada.

Takiego wała, oczywiście, że rano dalej pada deszcz. Według prognozy, słońce ma pojawić się za 3 dni. Idę więc w spokoju na śniadanie, gdzie z niewiadomych mi powodów zjadam głównie grillowany boczek. Nie jest to najlepszy wybór, mój brzuch jest w szoku. Mam wrażenie, że mówi mi: „Maciek, co to kurde jest, mieliśmy jeść same węgle, nie tłuszcze”. Mówi to głośno i wyraźnie. Na liście wad hotelu dopisuję: kibelek z okienkiem na korytarz, zamiast na podwórko. Choć może jest to większa wada dla osób przechodzących korytarzem niż dla mnie.

Jeśli pomiędzy nami są relacje zawodowe lub jak to się mówi – profesjonalne. Omiń kolejny akapit. W każdym razie albo przez brudne ręce, albo przez kostki lody w Coli, albo przez liczbę boczku, wizyta na kibelku zapowiada przygodę. Dobrze, że zabrałem ze sobą Nifuroksazyd i Stoperan. Jest takie afrykańskie zaklęcie, które właśnie wymyśliłem, a które dobrze obrazuje sytuację:

Czary mary, riki tiki
Twoja kupa to są siki.

Nie zważając na deszcz, wyruszam na dalszą przygodę. W hotelu recepcjonista żegna mnie słowami: „Straszna pogoda na rower, to chyba najgorszy dzień w tym miesiącu”. Patrzę na niego z uśmiechem i zupełnie szczerze odpowiadam „najgorszy dzień póki co”. Nie miałem racji, był najgorszy.

Ulewa nie jest najlepszą pogodą do zatłoczonego wyjazdu z miasta, ale na rzeczy zaplanowane na ten dzień, wydaje się wystarczająca. Większość czasu spędzam na autostradzie pomiędzy największym miastem kraju, stolicą, a główną granicą z RPA. Jestem zaskoczony, że nie ma zakazu jazdy rowerem, ale biorąc pod uwagę liczbę osób „łapiących stopa” na poboczu, mam pewne wątpliwości do nazwania tej drogi autostradą. Ma dwa pasy, ma duże pobocze i w moim przypadku będzie to tysiąc metrów w górę. Tak stromych, że nie wyobrażam sobie, aby gdziekolwiek na świecie można było uznać to za autostradę.

Zaczynam od wizyty na Manzini Main Market licząc na to, że uda mi się kupić jakieś pamiątki, bo potem planuję góry i może być ciężko. Według zdjęć na Googlu powinno być to możliwe, ale chyba tylko w sezonie turystycznym – jeśli taki istnieje. Ja mogę tam kupić co najwyżej kapustę, maniok i klapki – nieszczególnie mnie to satysfakcjonuje. Tego dnia staję jeszcze w kilku miejscach oznaczonych jako Handicraft zanim odkryję, że to miejsca, gdzie można sobie zszyć dziurę w spodniach albo zespawać stalową ramę prędzej niż kupić jakieś rękodzieło.

Jest bardzo zimno i bardzo mokro, a widoczność słaba, co nieco mnie martwi. W planie jest bowiem wizyta w Mlilwane Game Sanctuary. Jakby to powiedział Hołek: „Zjedź z autostrady pierwszym zjazdem po 20 kilometrach” – tak też robię, bo jadę przecież prowadzony przez Google Mapsy. Przynajmniej do momentu, w którym docieram do znaku mówiącego wprost: „Zakaz wjazdu – Google i GPS się mylą, to nie tutaj”. Dalej podane są współrzędne bramy, które nie są mi obecnie zbyt pomocne. Leje bowiem deszcz, więc klikanie czegokolwiek na iphonie graniczy z cudem, a współrzędne składają się z 14 cyfr i kilku symboli, których na klawiaturze nie znajdę. Dróg jest na tyle mało, że domyślam się, gdzie jest główne wejście – nadrobiłem raptem z 10 kilometrów, czyli pół godziny.

Na Whatsappie dostaję wiadomość od kolegi z pracy „jak tam?”. Jest 9 rano, o tej porze siedziałbym pewnie na daily jak każdy szanujący się człowiek z IT. Odpisuję mu, zgodnie z prawdą, że „zimno, leje i sraka„. Kurczę, gdybym był vlogerem tak nazwałbym odcinek. Przez moment dopuszczam możliwość, że w tym konkretnym momencie, wolałbym siedzieć w pracy. Głupek. Tego dnia pojawią się jeszcze momenty, w których dużo bardziej wolałbym siedzieć w biurze, przy kawce i butelce, po którą trzeba stać w kolejce. Na większości billboardów widzę skrzydełko z kurczaka maczane w białym sosie – nie pomaga mi to.

Z wjazdem rowerem do parku nie ma problemu. Jestem nieco zaskoczony, bo poza mną i obsługą jest dokładnie zero innych osób. A jeszcze bardziej zaskoczony jestem faktem, że wjazd kosztuje mnie 17zł – wspaniały kraj. Już od pierwszych metrów po przekroczeniu szlabanu witają mnie niezliczone liczby zebr, gnu i antylop. Przez większość swojego życia myliłem gnu, które jest zupełnie niegroźne z bawołem, który należy do wielkiej piątki i który jest uważany za najbardziej niebezpiecznego z tej grupy. Czuję więc ciągle nieuzasadniony niepokój widząc stado kilkudziesięciu gnu patrzących na mnie bezmyślnym wzrokiem.

Cały rezerwat wygląda jak Afryka, którą wyobrażają sobie ludzie, którzy w niej nie byli: zielono, pagórki, szutrowe drogi i masa zwierząt. To znaczy, to pewnie jest drugie skojarzenie, po pierwszym składającym się z błota, dziecka z wydętym brzuchem i chatki zrobionej z krowiego gówienka. Nie będę ukrywał, jest to miejsce, w którym mógłbym spędzić kilka dni jeżdżąc w kółko, mimo że ten prywatny rezerwat nie jest szczególnie duży. Mijam spore jeziorko – dostrzegam w nim coś wyglądającego jak kłoda drewna. Domyślam się, że jest to krokodyl. Chłodno analizuję sytuację i dochodzę do wniosku, że przecież nie jest możliwe, aby ktoś wpuścił rowerzystów obok krokodyli. Kawałek dalej widzę znak: „zakaz wędkowania, nie zbliżać się do brzegu – krokodyle”. Cofam, aby się upewnić, że dokonałem dobrej analizy. Obok tego drewna są teraz trzy kolejne kłody i powolnie się przemieszczają. Robię zdjęcie, aby w ewentualnej przyszłości pokazać lekarzowi, co odgryzło mi nogę i pośpiesznie się oddalam. Byłem triatlonistą, wiem że w biegu i w wodzie nie da się z krokodylem wygrać, ale na rowerze to ja mam przewagę. Choć to założenie pewnie brało pod uwagę czasówkę, a nie kilkunastokilogramowy sprzęt bikepackingowy w terenie. W parku spędzam ponad 2 godziny, ciesząc się, że ulewa zmieniła się tymczasowo na mżawkę.

Gdzieś na bocznej drodze, akurat gdy przede mną stoi duże stado gnu i wszyscy, wspólnie zastanawiamy się co zrobić, słyszę straszny hałas. Mój mózg funkcjonuje średnio, więc tego buczenia mogę go do niczego, znajomego mi, przypisać. Początkowo myślę, że to okrzyk gnu – do ataku lub ucieczki – cieszę się więc połowicznie. Potem, że jakiś alarm się włączył w rezerwacie i już do mnie jedzie jeep ratować z opresji. Ale ten odgłos jest za blisko i zbyt dziwny. Dobrą minutę szukam źródła, choć nawet nie wiem jak podejść do tematu. Okazuje się, że włączyła mi się pompka elektryczna w torbie. To jedyny raz, kiedy została na tym wyjeździe użyta.

Wracam na główną drogę i kawałek dalej odbijam z drogi do Ezulwini Handcraft Market. Liczę na to, że uda się coś kupić, bo zaraz obok znajduje się National Handcraft Training Centre, więc może faktycznie będzie coś ciekawego… i jest. Choć i problem też jest. Targ bowiem jest bowiem dużym prostokątem, wszystkie budy ustawione są do środka. Staję więc w punkcie centralnym, zupełnie sam, jedyny turysta, a nawet jedyny potencjalny klient. Widzę jak z ciemności budek pojawiają się dziesiątki oczu skierowanych na mnie z nadzieją. W większości budek jest to samo. Jak więc mam wybrać tę jedną, tę moją. Sprzedawcy nie są napastliwi ale jednak każdy chce zagadać i przyciągnąć do siebie, gdy tylko zbliżam się do stoiska – są to chyba tylko kobiety. Przejeżdżam więc w kółko próbując zrobić okiem szybką analizę i staję w dwóch losowych, aby zakupić drewniane, afrykańskie baby przyozdobione koralikami. Wycieczka zaliczona: widziałem zwierzęta, kupiłem pamiątkę, teraz z zadań w głównym wątku, pozostało tylko wrócić do Mozambiku, wszystko inne jest opcjonalne. Na szóstkę.

Znowu jestem na autostradzie i gdyby istniała skala „jak bardzo jest źle”, dostałaby mocne 8 na 10. Widoczność spada prawie do zera, temperatura jednocyfrowa, leje deszczem jak głupie, a ja kulam się kilka na godzinę pod wielką górę dwupasmówką z poboczem. Odbijam do stolicy, tam powinienem wjechać na drogę terenową i dalej w góry, do upatrzonych noclegów. Widzę jednak w jakim stanie są drogi terenowe i odpuszczam temat. Staję w KFC i zamawiam swój ulubiony zestaw, na który będę czekał 10 razy dłużej niż wszyscy inni. Nie szkodzi, w restauracji jest sucho i ciepło.

Podchodzę do jakichś dziewczyn, pytam czy popilnują mi roweru, bo nie mogę znaleźć zapięcia. Mówią, że jak im coś kupię. Odpowiadam, że nie i zostawiam im rower i tak. Potem odkrywam, że każde KFC ma ochroniarza, który chętnie rzuci okiem, bo i tak nie ma nic lepszego do roboty. Idę do łazienki zamienić koszulkę z krótkim rękawkiem na zimową koszulkę termiczną. Na to mam kurtkę przeciwdeszczową, taką cywilizowaną, nie worek na śmieci zwany ultralightem. Wspaniała jest to sprawa, a kaptur jest jednym z najlepszych wynalazków ludzkości. Siedzę nad tym Zingerem i patrzę na turbo-luksusowy Hilton Garden Inn – dzieli mnie od niego przelew na 400zł i jakieś 100 metrów. Byłoby w nim tak ciepło i wygodnie. Tylko że nic to nie zmieni, bo jutro też ma lać. Ale z drugiej strony jest mi tak strasznie, strasznie zimno i mokro. Spędzam tak godzinę, rozmyślając, choć pewny jestem, że mija jedynie jakieś 15 minut. Że była to godzina, odkrywam teraz, sprawdzając ślad. Może coś mi się urwało w głowie. Tym razem, w ramach eksperymentu biorę Colę bez lodu.

Metodą złotego środka postanawiam zmodyfikować trasę i dostać się do planowanego asfaltu autostradą zamiast terenu. Ominę w ten sposób słynny Sibebe Rock. To taki monolit opisywany jako druga największa, samotna granitowa skała świata. W mojej głowie brzmi to trochę jak zwycięzca wyścigu w kategorii „ojcowie trójki dzieci, jednocześnie prawnicy, w kategorii wiekowej 36-38, będący blondynami”.

Jest beznadziejnie, ale okazało się, że przeszkadzało mi zimno, a nie deszcz. W termicznej koszulce nie trzęsę się już tak bardzo. Docieram tak do ostatnieego skrzyżowania przed dużą granicą z RPA i odbijam asfaltem na północ, w lasy deszczowe. Tam już nie ryzykuję, staję w pierwszym, dostępnym hotelu: Hawane Resort. To takie luksusowe chatki prowadzone przez białego człowieka. Prowadzi do nich droga przez błoto, więc moim pierwszym pytaniem na miejscu jest, czy mają wąż z wodą. Jestem tam sam, podobno to okres prawie najbardziej poza sezonem, jak się da. Już nigdy nie zapytam ChataGPT o sugestię, kiedy gdzieś jechać. Kończę dzień po niecałych 10 godzinach, w których pokonuję niecałe 100 kilometrów i 2000metrów w pionie – samej jazdy wyszło zaledwie 6 i pół godziny i jest to najkrótszy dzień wyjazdu. Cieszę się jednak na myśl o spędzeniu wieczoru pod kołderką, z klimą ustawioną na grzanie i z dobrą kolacją z restauracji w tym obiekcie. Nawet bardzo dobrą. Biorę dużego hamburgera w zestawie prosto z ogniska i jeszcze jednego, do pokoju.

Na zakończenie dnia gość mnie jeszcze pyta skąd jestem. Mówię, że Poland. On na to: no oczywiście, dlatego masz przecież pomarańczową kurtkę. Nie mogę zasnąć, staram się rozwiązać tę zagadkę. W środku nocy wymyślam, że przecież zrozumiał Holland, a nie Poland. Rano chciałem mu powiedzieć, że nie ma takiego kraju Holland, tak jak nie ma Swazilandu, ale zapominam, mam ważniejsze tematy na głowie. Bo

Budzi mnie wiatr
Wiatr niesie strach
Budzi mnie deszcz
Deszcz tuli mnie
Budzi mnie blask
Gorących dni
Budzi mnie krzyk

Edyta Bartosiewicz

A w zasadzie nie krzyk, tylko pianie koguta od 3 nad ranem. No i pioruny, masa piorunów. Idę na śniadanie, całkiem niezłe. Pytam obsługę o pogodę – ci są kumaci, nie sprawdzają w telefonie, tylko po prostu odpowiadają, że tutaj to cały czas pada deszcz i czasami jest tylko cieplej. Fajnie.

O 4 dniu jazdy mogę powiedzieć niewiele: widzę bowiem mgłę i przednie koło, jako że ciągle jest do góry. Co nie jest prawdą, bo według profilu 20km jest płasko, potem dwa podjazdy o łącznej wysokości 700 metrów i dotrę do miejscowości, w której podjąć trzeba będzie ważne i trudne decyzje. Zanim jednak pokonam te 50 kilometrów w 3 i pół godziny, patrząc na wspaniałe, górskie widoki zasłonięte chmurami i wodą wiszącą w powietrzu, spotyka mnie nie lada przygoda na zjeździe. Coś mi się przestawia w przednim hamulcu i teraz klamka łapie już od pierwszego milimetra po jej naciśnięciu. Trochę mnie to martwi, a trochę mi się to podoba. Mam tak dociążony tył, że przecież nie zrobię OTB… tylko jedzie się jakoś ciężej. Ale diagnoza problemu zajmie mi ponad 2 dni. Postanawiam ignorować temat jak przystało na dorosłego, odpowiedzialnego człowieka. Jestem przyzwyczajony, że zignorowane tematy rozwiązują się same – pozytywnie lub negatywnie.

W Piggs Peak staję w KFC. Powinienem odbić w stronę RPA i wjechać, zgodnie z planem, w jeszcze większe góry, gdzieś w okolice wysokości 1700 metrów. Południowoafrykański rezerwat Barberton był jednym z kluczowych punktów tej wycieczki. Jest to też jedna z najbardziej znanych dróg w okolicy: na 26 kilometrach są 124 zakręty. Tylko nie wiem, po co tam się pchać, skoro leje i nic nie widać. Według prognoz, za górką jest jeszcze gorzej. Odpuszczam temat i postanawiam kierować się dalej na północ. Szkoda, mógłbym powiedzieć, że byłem na granicy po każdej stronie Eswatini.

Jako że najbardziej boję się, co się stanie, gdy zostanie mi na wakacjach za dużo czasu, postanawiam wyjechać z kraju na północy i odwiedzić jednak RPA na chwilę. Na 200 metrów przed granicą leje już tak bardzo, że muszę zjechać na stację benzynową i tam, trzęsąc się z zimna, obserwować jak 10 gości w czerwonych kurtkach, obsługuje sporadycznie pojawiające się samochody. Stoję tam 40 minut, coś rozmawiam z ziomkami, ale jak pokazuję im na Komoocie trasę i próbuje wytłumaczyć o co chodzi, rozmowa się załamuje.

Na granicy jest ciężko. Niepotrzebnie próbuję opowiedzieć, gdzie jadę, dokąd jadę, dlaczego w złym kierunku i że do RPA to wjeżdżam tylko, żeby się przespać w hotelu, bo akurat po stronie Eswatini nic nie ma. Celnik pyta mnie na ile chcę pieczątkę wjazdową. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że do jutra. Ktoś w kolejce mnie szturcha i mówi, że chcę na tydzień, tylko mi się pomyliło. Ma rację, przecież jak coś się stanie i nie dam rady wyjechać jutro to będą problemy. Dziękuję mu potem za podpowiedź.

W RPA jest źle. Asfalt jest gorszy, syfu więcej, śmieci na poboczach, ruchu na drodze więcej, wszystkiego więcej w pierwsze kilka minut kilka ciężarówek próbuje mnie zabić. Znam to z Kenii i jestem przekonany, że moje lusterko w okularach ratuje mi życie. Widzę bowiem nadciągające z tyłu TIRy, które odpalają trąbkę i gdybym nie uciekał za każdym razem na terenowe pobocze, po prostu by mnie rozjechały. Bez skrupułów, bez litości. Pojawiają się pierwsze hotele, a może raczej guest house’y. Z cennikiem za godzinę, za 3 godziny i za dobę. Jest ich dużo, ale żaden z nich nie wygląda na taki, w którym chciałbym spać. Podejrzewam, że większość gości, również ich nie wynajmuje, aby spać. Jakby mi ktoś powiedział, że minie blisko 80km od granicy, zanim zdecyduję się gdzieś zostać, pomyślałbym, że głupi.

Ale faktycznie, przestaje nieco padać, a pojawia się wiatr – dzięki temu schnę dość szybko. Asfalt jest dramatyczny, a czasami bardziej go nie ma niż jest. W dodatku kałuże skutecznie maskują dziury w drodze. Mówi się, że w Mozambiku dziury w drogach są tak duże, że mają własny kod pocztowy. Tutaj jest podobnie – nawierzchnia dzieli się na tarkę i kratery. Jak w jakiś wpadnę to znajdą mnie dopiero na wiosnę, w porze suchej.

Dojeżdżam do pierwszego miasta, potem drugiego, jestem już praktycznie suchy. W każdym coś mi nie pasuje, choć dobrze wiem, że jest po prostu za wcześnie na zakończenie dnia. To momenty, w których nieco brakuje kompana podróży. Mój mózg pracuje połowicznie, u kompana też pracowałby połowicznie. Razem stanowilibyśmy jednego, dorosłego, rozsądnie oceniającego rzeczywistość człowieka. Być może udałoby się dzięki temu podjąć jakąkolwiek decyzję zamiast ignorować potrzebę jej podjęcia poprzez pedałowanie dalej.

Dojeżdżam tak do ostatniej cywilizacji, która na mojej bezinternetowej mapie ma zaznaczone noclegi. Pierwszy mi nie pasuje, drugi też nie bardzo, trzeciego – tego, którego sobie obiecałem, że już na pewno stanę – nie ma. Nazywało się to Elephant Park Lodge i brzmiało jak coś luksusowego dla turystów. Problemem jest to, że nie kupiłem sobie internetu do RPA, więc ciężko mi się zorientować w okolicy. Dopiero wieczorem odkrywam, że gdy ma się zainstalowanego eSIMa od Revoluta, to da się dokupić plan dla danego kraju nawet nie mając internetu. Nie trzeba też nic aktywować, bo da się dopisać wiele planów do jednej, już zainstalowanej karty. Popołudniu więc nie mogę znaleźć w internecie noclegu, ale wieczorem mogę scrollować śmieszne koty na Instagramie.

Kilka kilometrów dalej powinien być kolejny obiekt: Elephant Lodge And Park. Zakładam, że to ten sam, tylko tym razem dobrze umiejscowiony na mapach. I jest, tylko że wygląda jak lodge, ale z serialu Fallout. Niby ujdzie, ale recepcjonistka, która jest wyraźnie zdziwiona moją obecnością, tłumaczy mi, że nie ma tu nic dojedzenia, a ja bez jedzenia umrę. Pytam o restaurację albo alternatywne hotele – mówi, że nie ma. Ciekawe. Oburzony wychodzę i jadę dalej. Zaczyna lać, znowu jestem mokry. Jadę w przeciwną stronę niż powinienem, bo wiem, że 10km na północ jest miasto z KFC, tak zwanej „ostatniej szansy”. Jest kolejny hotel, pani pokazuje mi pokój z dzieloną łazienką i mówi, że mogę dostać kurczaka z ryżem. Mówię, że pomyślę i jadę dalej – poszukać sklepu. Cały jestem w błocie, bo w hotelu zapomnieli chyba wyasfaltować dojazdu i buty mi się zapadały po kostki w mokry piach. Docieram do miasta, gdzie powinien być hotel i KFC. Hotelu nie ma, w KFC jest tyle ludzi, że pewnie do rana nie dostanę swojego Zingera. Pytam kilku lokalsów o jakiś nocleg – wszyscy zgodnie mówią, że w okolicy nie ma niczego. Ciekawe, skoro już kilka przed chwilą odwiedziłem i stoimy dosłownie pod obiektem z napisem „lodge” – tylko takim, do którego na pewno nie wejdę. Wracając do tego z dzieloną łazienką, staję jeszcze w dwóch: w jednym resorcie jest basen i restauracja, ale nie ma noclegów, a w drugim nie ma żadnego jedzenia i nie nikt nie potrafi mi pomóc w jego zdobyciu. Dużo czasu zajmuje mi, aby się tego dowiedzieć. Jest bowiem ciemno i bramy są zamknięte. Pomogło machanie i świecenie lampką w kamerkę skierowaną na wjazd. Potem staję w sklepie, w którym udaje mi się kupić tylko sok, wodę, czipsy oraz krakersy oraz wracam się ze spuszczoną głową do tego ze współdzieloną łazienką: The Ridge Club.

Cały wieczór nie mogę zrozumieć za to, czy wynająłem pokój czy cały 3-pokojowy apartament. Zamawiam 3 obiady – dwa na już i jeden, który planuję sobie zatrzymać na śniadanie, bo śniadań nie ma i nie da się zamówić. Wytłumaczenie tego nie jest proste. Nie dość, że dwa obiady na obiad, to jeszcze obiad na śniadanie. Dostaję je po blisko dwóch godzinach, gdy pójdę zapytać w kuchni o postępy prac. Pani odpowiedziała, że gotowe i już niesie. Podejrzewam, że zapomniała, bo dostaję 2x kurczaka z frytkami i ryżem i raz żeberka w tym samym zestawie, a wszystko zimne. Nic dziwnego, że zapomniała, przecież jestem jedynym klientem w całym przybytku. Chwilę po dostarczeniu jedzenia przychodzi jeszcze jakiś typ i stawia mi na stole papier toaletowy – nie wiem, czy ma to coś wspólnego z jedzeniem, czy tak po prostu. Na wszelki wypadek nie pytam, lecz doceniam.

W pokoju, domyślnie zapala się niebieskie światło, przypominające UV. Nie wiem czy służy ono do sprzątania, czy aby udowodnić mi, że nigdzie nie zalega zaschnięta krew lub inne płyny ustrojowe. Tu także nie ryzykuję położenia głowy na poduszkę – zawijam się w swoją sanitarną wyściółkę śpiwora. Są nawet ręczniki, ale nie umiem ocenić, czy zostały już przez kogoś użyte, czy czekają na mnie – na wszelki wypadek – nie dotykam. Jest to zdecydowanie najgorsza noc tego roku. Mimo że w łóżku spędzam dużo czas, śpię nieco ponad 5 godzin. Resztę spędzam na nierównej walce z komarami. Nienawidzę siebie, za pozostawienie Deeta w Maputo. Gdyby to był mecz, w którym ja zdobywam punkt za zabicie, a one za ukąszenie, wynik przypominałby słynny mecz z 2023 roku pomiędzy Sacramento Kings i Los Angeles Clippers. Zakończył się on wynikiem 176 do 175. Kto wygrał nasz mecz nie wiem, ale ja dalej żyję, a komary się nie skończyły.

So, take me back to Constantinople Swaziland
No, you can’t go back to Constantinople Swaziland

They Might Be Giants
Istanbul (Not Constantinople)

Rano jest super. Wszystko mnie swędzi i jestem turbo niewyspany i zmęczony. Sprawdzam pogodę na telefonie: słońce. Wyglądam za okno: leje deszcz. Nie mam nic do jedzenia, a wczorajsze żeberka z frytkami są praktycznie niejadalne. Zjadam ostatniego, schowanego na najgorszy moment, batonika. Pakuję się i ruszam do Eswatini, od którego dzieli mnie 30km, a dalej czeka wielka nicość. Jedzie się dramatycznie źle: może to niewyspanie, może wiatr w ryj, może głód, a może problem techniczny, który zrozumiem kilka dni później. Mniej więcej po 3 minutach pierwsza ciężarówka zrzuca mnie na pobocze. Chwilę później dostaję jeszcze strzała w ramie od białego BMW, który składa mu lusterko. Ale ma oznaczenie, że nauka jazdy, więc luz. Po prostu we mnie wjechało, zachowując dokładnie minus 10cm zapasu. Widziałem je w lusterku, jechało wolno, myślałem że zbiera się do wyprzedzania, a ono po prostu dawało mi czas do ucieczki na pobocze. Na szczęście im bliżej zmiany kraju, tym lepiej. W Eswatini widuję potem jedno auto na kilkanaście minut.

Jeszcze tylko granica i festiwal pytań. Czy przeszkadza mi deszcz? Przeszkadza. Czy nie jestem zmęczony? Jestem. Czy wczoraj wjechałem do RPA, a dzisiaj z niego wyjeżdżam? Tak. Dlaczego jadę na południe, skoro Maputo jest na wschód? Jak to jest, że nie wiem gdzie będę nocował. W nagrodę za dobre odpowiedzi zostaję przepuszczony do kolejnego okienka, w którym czekają mnie te same pytania. Dostaję też karteczkę potwierdzającą, że jestem rowerem, którą mogę zaprezentować 20 metrów dalej, aby udowodnić, że jestem rowerem.

Jadę przez nicość – wielkie pola uprawne, czasem jakaś małpa, bardzo rzadko jakiś człowiek. Tylko deszcz powstrzymuje mnie przed zaśnięciem. No i fakt, że jadąc po płaskim muszę utrzymać ponad 200 watów, aby prędkość była dwucyfrowa. Po drodze próbuję zjechać z asfaltu na drogi terenowe, ale jest piach, tarka i błoto, odpuszczam.

Staję dopiero na 90. kilometrze, czyli po 5 godzinach jazdy. Skończył mi się węgiel we krwi i dalej się nie da. Kupuję Colę, ze dwa batoniki i kwaśne żelki – to najrozsądniejszy zestaw, który udaje mi się skompletować. Potem powolnie zaczyna wychodzić słońce, pojawiają się górki, cukier rozpuszcza się w organizmie i robi się lepiej. Nie mam pomysłu na nocleg. W najbardziej optymistycznej opcji planowałem dojechać do najsłynniejszego parku w kraju: Hlane Royal National Park. Zaznaczyłem sobie tam nawet nocleg. Tylko że oznaczałoby to pokonanie 180 kilometrów, a w najśmielszych momentach tego dnia, póki co, nie zakładałem przekroczenia 100. Ale jakoś tak sobie w głowie układam, że jakbym spał w parku, to może i na jakieś safari bym się rano załapał. Z tą myślą pokonuję każdy jeden, kolejny, wymuszony kilometr.

Z opresji ratuje mnie stacja benzynowa TotalEnergies, taka duża, z piekarenką i porządnym sklepem. Jest na skrzyżowaniu mojej bocznej, nieuczęszczanej drogi z dobrze znaną mi już niestety autostradą. Tym razem jednak wzdłuż owej autostrady biegnie pusta serwisówka i jedzie się komfortowo. Humor mi się nieco psuje, bo gdzieś po drodze zgubiłem tylną lampkę – taką z tych drogich, na szczęście mam jeszcze zapasową.

Autostrada kończy się w okolicach głównego lotniska kraju, a moja serwisówka dołącza do nieskończenie długiej prostej w dół. Takiej w stylu amerykańskich, którą widziałem pierwszego dnia z góry i modliłem się, aby to nie były moje drogi. Nie ma pobocza, ruch jest duży, a ograniczenie prędkości na tej jednopasmówce to 120km/h – trzy zdrowaśki i w drogę. Sprawdzam jeszcze noclegi na mapie i przypadkiem wchodzę w komentarze o moim wypatrzonym obiekcie. Okazuje się, że ma dwie wersje: jednej nie da się zarezerwować i nie wiem czy są wolne miejsca, a druga jest 10km wgłąb parku. W żadnej nie ma jedzenia i sklepu, a w tej, którą da się rezerwować, nie ma również prądu w nocy. Odpuszczam. I dobrze, bo jak się potem okazuje, nie udałoby mi się dojechać rowerem przez park do noclegu. Musiałbym krążyć między nosorożcami i słoniami. Na stronie internetowej znajduję potem informację, że przemieszczanie się po godzinie 18 nie jest tam dozwolone. Nieco bym się zdziwił. Albo nosorożce by się zdziwiły.

Znajduję nocleg: Mvula Zehlobo Apartments – oceny idealne, nawet komentarze są, cena dość wysoka, bardzo mi to pasuje. Gdy docieram na miejsce wita mnie nawet duży kolorowy znak z nazwą, tylko nikogo nie ma w środku. Pytam gościa, który przechodzi obok – mówi, że nigdy nie słyszał tu o żadnym hotelu. Pokazuję mu palcem napis „Mvula Zehlobo Apartments„, a on stwierdza, że dziwne. Woła panią, która ogarnia okoliczne krowy – ona też nic nie wie. W ogóle niewiele wiedzą. Pokazuję im na mapie nocleg kilka kilometrów dalej i pytam, czy tego też nie ma. Kiwają głową w taki sposób, że sam nie wiem, ale nie mam lepszej opcji.

Ten drugi, Modern Hotel Life Style, działa i jest bardzo spoko. To takie szeregowe domki, odgrodzone płotem, z panią na recepcji. Ma tylko jedną wadę – nie ma w okolicy sklepu, a nie chce mi się kulać kolejnych kilkunastu kilometrów na zakupy. Pytam o taksówki – pani mówi, że jasne, bez problemu: muszę tylko wyjść na ulicę i machać przejeżdżającym busom. Pytam o jednoosobowe taksówki – nie ma zrozumienia. Wymyślam słowo: private transfer. Teraz rozumie, ale pełna zdziwienia odpowiada, że przecież będę musiał zapłacić za benzynę. Ostatecznie idziemy razem do właściciela obiektu, aby zapytać, czy mnie podrzuci. Ten woła swojego syna, który wygląda jakby ostatnie 4 godziny spędził na patrzeniu w sufit i pyta, czy jest zajęty. Nie wiem czy to ironia, ale wydaje się, że nie. Oczywiście, że nie jest, więc może mnie gdzieś podrzucić. Znam miejscowość Siteki – to ta, w której pierwszego dnia widziałem KFC i Spar – dzieli nas od niej 11km i pewnie z pół kilometra w górę. Mówię jak prawdziwy lokales: wieź mnie pan do Siteki na zakupy!

Aby tam dojechać, samochód trzeba oczywiście zatankować na okolicznej stacji. Umawiam się z gościem na 100 Randów, czyli jakieś 24zł. Tankujemy więc za 70 Randów, wychodzi 2,7 litra benzyny. Przypominam, że jest to jeden z najbliższych noclegów, pewnie najbardziej znanej atrakcji turystycznej. W Hlane znajduje się czwórka z wielkiej piątki zwierząt, brakuje tylko bawoła – jest słoń, lew, nosorożec i lampart. Bawoła za to można zobaczyć w oddalonym o 30km parku Mkhaya. Jest to więc nocleg, który w zasięgu „spaceru” pozwala zobaczyć komplet. Tymczasem gość nie wie o nich nic. Mówi, że jest zajęty pracą i nie ma pojęcia o parkach, o jakichś aktywnościach tam i jak coś dogadać. No nic, wyruszę rano i sprawdzę spontanicznie poprzez stanie i pytanie.

Wizyta w SPAR jest wspaniała, bo jestem niewyobrażalnie głodny. Na szczęście, mój kierowca cały czas chodzi za mną, nie oddalając się na więcej niż 2 metry i uważnie obserwuje każdy mój ruch, w każdej alejce. Dzięki temu udaje mi się nie zrobić zakupów jak głodne, afrykańskie dziecko. Przepraszam za ten dowcip, ale musiałem go użyć, a jestem prawie pewny, że nikt tak daleko w tekście nie dotarł. Wszyscy pewnie mamy z dzieciństwa traumę, w której my nie dojadamy obiadu, a dzieci w Afryce głodują. Potem odwiedzamy KFC, gdzie zamiast jednego Zingera zamawiam dwa, aby się podzielić. Dzięki temu zabiegowi na zamówienie nie czekam 10x dłużej niż inni a 20 razy dłużej, o mało nie umierając z głodu.

Wieczór w wygodnym łóżku, czystej pościeli, zapasem jedzenia i planem na kolejny dzień jest wspaniały. Do tego świadomość, że ulewy się już skończyły i znowu mogę zbierać raka skóry od słońca. Humoru nie psuje mi nawet fakt, że woda pod prysznicem ma dwa stany: wrzątek i lód. Mało tego, słodka bułka, którą nabyłem w SPAR jest najlepszą słodką bułką, jaką jadłem od miesięcy i mam wrażenie, że nie jest to tylko ocena wydana przez głód. A musicie wiedzieć, że dzięki piekarniom pod domem na Pradze, o słodkich. bułkach wiem wiele. Kupiłem dwie, drugą więc chowam sobie do tekturowego pudełeczka, odkładam na bok i idę spać szczęśliwy. Co jakiś czas budzę się podekscytowany na myśl o porannym jedzeniu tejże bułki razem z jogurtem.

– Pana zawód?
– Słodka bułka

Z łóżka wyskakuję jakoś koło 6 rano pełen energii i szczęścia. Nie dość, że czeka mnie dzień pełen zwierzątek, jak prawdziwego turystę, to jeszcze czeka na mnie ta wspaniała bułka, od której zacznę przepiękny i słoneczny dzień. Nie może być lepiej. Przynajmniej do momentu, w którym uświadamiam sobie, że drzwi są nieszczelne, a bułkę odłożyłem w kartonowym opakowaniu na podłogę przy łóżku. Wiedzie do niej nieskończenie długi wąż z mrówek. Moja buła wygląda jak drożdżówka z makiem, a może nawet mak z drożdżówką, a pudełko stało się z białego, czarne. Kolejne 10 minut spędzam więc na zmywaniu mrówek z różnych części pokoju oraz bagażu.

W trasę ruszam pełen sił i zawodu własną głupotą. Po drodzę widzę znak skierowany to rowerzystów i piechurów: strzeż się lwów i słoni przechodzących przez drogę. Wyobrażam sobie sytuację, w której napotykam przed sobą nagle lwa i zaczynam główkować, co znaczy „strzeż się”. Wyobrażam sobie, jak z krzaków wyskakuje stado lwów i mówią: „ha, kolarzu, teraz Cię zjemy, bo jesteśmy bardzo głodne!”. Ja im na to: „ale ja się Was strzegę”. One przepraszają i życzą więc udanej drogi.

Na szczęście spotykam tylko jakieś małpy, antylopy i gnu. Generalnie nie da się w okolicy spotkać lwa, bo mimo że przecinam rezerwat, w którym lwy żyją, to są one odgrodzone siatką – żyją na zamkniętym terenie – jak w ZOO, tylko takim dużym. Im częściej bywam na safari, tym bardziej stwierdzam, że to wszystko jest już jak ZOO i termin „dzika natura” powoli przestaje istnieć.

Odbijam z drogi do bramy dzielącej mnie od rezerwatu Hlane. Taka sama jak wszędzie – szlabany, budka, opłata. Tylko samochodów, ani ludzi nie ma. Dużo czasu spędzam na rozmowie z panią od szlabanu. Próbuję się dowiedzieć, czy mogę przejechać dalej, czy są tam jakieś atrakcje dla rowerzystów i czy może uda się podłączyć pod jakąś grupę jadącą na safari. Pani musi na przykład sprawdzić, czy safari w ogóle się odbywa, bo dzień wcześniej wszystko zostało skasowane przez deszcze i nieprzejezdne, zalane drogi. Nie przestaje mnie to zadziwiać” pani obsługująca wjazd do parku musi sprawdzić, czy w parku do którego wpuszcza, tego dnia, odbywają się safari. Utrudnia jej to fakt, że chwilowo nie ma prądu, ale parę połączeń za pomocą krótkofalówki daje mi jakieś nadzieje. Płacę znowu z 17zł za wjazd i dowiaduję się, że za pół godziny jest zbiórka wyjazdowa – jeśli ktoś się znajdzie, zapłacę stówkę za 2 i pół godziny jazdy jeepem z przewodnikiem. Jak nie, zapłacę dwie stówki. Piękna cena, wspaniała sprawa, sam nie wiem co lepiej. Trafiam najgorzej, bo podłączam się do pary Niemców. Muszę tylko przejechać z dwieście metrów od szlabanów do odgrodzonego campu modląc się, aby nie spotkać zwierzęcia, którego spotkać nie chcę. Chodzenie jest na tym obszarze zabronione.

Dalej jest już klasyczne, krótkie safari, o którym mogliście przeczytać we wpisie o Kenii i Tanzanii, z tą różnicą, że od pierwszej minuty jazdy jeepem, jesteśmy już „na miejscu”. Z tego co zrozumiałem, teren tu jest na tyle mały, że praktycznie nie ma szansy, jeżdżąc przez te 150 minut, aby nie spotkać słonia, lwa i nosorożca. Z lampartem bywa gorzej, potrzeba dużo szczęścia. Lwy są na wydzielonym terenie, takim, na który trzeba wjechać przez bramę. Wymaga to drobnej sztuczki przez prowadzącego pojazd, bo musi wyjść z auta, otworzyć bramę, przejechać i zamknąć bramę. Optymalnie, aby żaden z lwów nie zdążył w tym czasie uciec, ani go złapać za nogę. Nie wiem czy to prawda, ale przewodnik mówi nam, że lwy są przyzwyczajone do widoku samochodu, natomiast mogą zareagować w niespodziewany sposób, gdy coś z tego samochodu wystaje – na przykład ręka. Spotykamy dwa – bracia śpią sobie przy drodze, potem idą na spacer. Podobno wykluczone z większego stada, które mieszka gdzie indziej. Pewnego dnia mają do niego wrócić i przejąc władzę. Szanuję, bo nie podjeżdżamy do nich szczególnie blisko, trzymamy odległość około 10-20 metrów. Nie jedziemy też dalej drogą przy której są – po kilkunastu minutach obserwacji zawracamy.

Jest też kilka słoni, większość z nich nieco nieśmiała, ale jeden z nich, z czapeczką na głowie, zaczyna w niebezpiecznym tempie do nas zbliżać. Kierowca wrzuca wsteczny i muszę przyznać, imponuje mi jak szybko potrafi tym jeepem przypominającym Melexa cofać. Potem się okazuje, że to nie czapeczka tylko nadajnik GPS. To podobno słoń, który przeszedł przez góry i wsie z Mozambiku i trafił akurat tutaj, bez jednego kła. Historia dobra, widzę tę rozmowę, gdy Mozambik wystosowuje pismo do Eswatini z pytaniem „skąd macie naszego słonia”, a król mu odpisuje „sam przyszedł i dostał tu azyl”. Tak zaczynają się wojny. Po okolicy łazi też dużo guźców: wyglądają jak skrzyżowanie świni z odkurzaczem Dyson i wszyscy się bardzo na nie cieszą, krzycząc „Pumba!”. Niesamowite jak wiele potrafią zdziałać filmy. Czytałem ostatnio, że nikt nie zrobił tak wiele dla raf koralowych jak Nemo z bajki Pixara.

Jestem prostym człowiekiem, największą atrakcją jest przewodnik, który co chwilę przynosi nam do samochodu nową kupę zwierzęcą i tłumaczy jak rozpoznać co ją zrobiło. Oczywiście nie zapamiętałem teorii, ale chodziło o coś związanego z patyczkami i stopniem ich przetworzenia. Nosorożce też się udaje zobaczyć. Mi nawet całkiem z bliska, stoję jakieś 30 metrów od jednego. Jak to się stało? Otóż ekstremalnie bardzo chciało mi się siku, a jakoś głupio było zapytać typa, czy może się zatrzymać, abym mógł wysiąść i iść w krzaki. Wierzcie lub nie, wołał mnie z sikania do samochodu, bo nosorożec pojawił się akurat, jak zdobyłem się na odwagę zadać to głupie pytanie. Nie miałem już jednak wyjścia. Generalnie, przez końcówkę safari starałem się skupić na utrzymaniu moczu bardziej niż na docenieniu zwierząt.

Wracam na trasę i zaczynam w głowie liczenie czasu do zmroku i potencjalnych opcji. Są dwie albo na granicy z Mozambikiem, czyli okolice 70. kilometra, albo w Boane, w którym już byłem – koło 120km. Dalej nie ma już nic, przynajmniej w okolicy mojej bezsensownej trasy przez Mozambik. Obie opcje są blisko, ale mój dzień turystyczny jeszcze się nie skończył. Kawałek dalej na północ, są bowiem kolejne rezerwaty, w tym ten, na który cieszę się wyjątkowo: Mbuluzi. A cieszę się, bo można do niego wjechać rowerem. Znowu zaskoczony płacę 17zł za wjazd i nawet dostaję papierową mapkę, na której ranger zaznacza mi drogi, którymi nie dam rady przejechać i punkty, które powinienem odwiedzić, w tym dwa, całkiem imponujące miejsca widokowe, z panoramą na okolicę. Zgodnie z moimi obliczeniami w głowie, mam tak do dwóch godzin na pokręcenie się po okolicy. Jest doskonale i dokładnie tak, jak sobie to wyobrażałem w najbardziej pozytywnych myślach: masa żyraf, zebr i ptaszków. A musicie wiedzieć, że żyrafy i zebry to są najlepsze zwierzęta. Nie zapraszam do dyskusji. Spotykam jeszcze żuczki gnojarze, które akurat toczą wielką kulkę – dość długo im się przyglądam. Przypominają mi trochę pracę. Znowu jestem w miejscu, w którym mógłbym spokojnie jeździć przez 3 dni w kółko i machać żyrafom. Niestety, nie mam tyle czasu – „zaliczam” kluczowe punkty, kupuję pamiątki w sklepiku i ruszam w stronę granicy kraju – znowu na szczyt półkilometrowej ściany oddzielającej dwa kraje. Jestem pogodzony z faktem, że wszystko tylko „zaliczam”.

Omijanie zwierząt rowerem jest zupełnie innym przeżyciem niż podjeżdżanie do nich samochodem. Niby odległość taka sama, ale jednak inaczej. Okolica pusta po horyzont – jesteś Ty, dwie żyrafy, kilka zebr, antylopy w oddali i tak na siebie wszyscy patrzycie. No i cisza, słychać każde przeżucie liścia, każde trzepnięcie ogona. Przeżycie, które absolutnie polecam każdemu. Za każdym razem postanawiam zostać wegetarianinem, co z roku na rok udaje mi się bardziej, lecz ciągle jestem daleko od celu.

Po drodze, na wijącej się w górę drodze przez pojedyncze wioski mijam sznur dzieciaków. Jest ich spokojnie dziesiątki, a może nawet i setki. Trafiłem pewnie akurat na koniec zajęć – zastanawia mnie tylko dlaczego wszystkie idą w tym samym kierunku główną drogą i dlaczego szkoła zbudowane została na samym szczycie górki. Wykluło się pewnie w ten sposób 100 nowych historii o drodze Twojego starego do szkoły.

No i kozy, przez całą swoją wycieczkę spotykam wielki liczby rozproszonych kóz. Jeśli miałbym wskazać na największe zagrożenie z całej mojej trasy, był

Na granicy znowu to samo, te same pytania, te same odpowiedzi, ta sama karteczka, że jestem rowerem. W necie krążą opowieści o łapówkach na tym konkretnym przejściu, więc nieco mnie stresuje fakt, że przed ostatnim szlabanem trzech uzbrojonych śmieszków woła mnie do siebie. Na szczęście, chcą po prostu pogadać. Nie wiem jak to działa, wszyscy rozmawiają strasznie głośno, prawie krzycząc… chyba że są celnikiem, który pyta o jakieś bardzo ważne rzeczy – wtedy mówią tak cicho, że nic nie rozumiem. A jak nic nie rozumiem albo odpowiadam na inne pytanie niż zadali, to mam wrażenie, że się denerwują. Przypomina mi to zawsze pewien dowcip, w ogóle większość moich konwersacji w krajach afryki przypomina ten dowcip:

Wchodzi Polak do sklepu w Wielkiej Brytanii. Oczywiście nie zna angielskiego. Zwraca się do sprzedawcy (żeby być lepiej zrozumianym, sylabizuje)
– Pił-ka.
– what
?
– Pił-ka !!
– David Beckham – Widząc, że sprzedawca nie rozumie, zaczyna pokazywać odbijanie piłki od podłogi, kopanie itp.
– Aaa, ball !!
– No widzisz, jaki Ty zdolny jesteś. To uważaj, teraz będzie trudniej
– Do-me-ta-lu.

Końcówkę, do Boane jedzie mi się trudno, mimo że profil już jest raczej w dół do końca wycieczki. Piszę do noclegu na Whatsappie, czy na pewno jest noclegiem, bo leży tak nieco z boku miasta, ale nikt mi nie odpisuje. Słońce zachodzi, więc wolałbym nie musieć szukać alternatyw, bo dołoży mi to minimum kilkanaście kilometrów. Miasto wydaje się spore, ale nie udaje mi się znaleźć sensownego sklepu, więc kieruję się prosto do położonego pod miastem noclegu. Leży w centrum wioski, którą widziałem pierwszego dnia i którą określiłem jako „luksusowa”. Faktycznie: jest w niej siłownia, sklep z winami, jakaś restauracja nawet i mój nocleg: Zeny Lodge za niecałe 200zł. To dość duży ośrodek, chyba nawet jakieś centrum konferencyjne, ale jestem w nim sam. Śpię w małym domku, ale wysokim na kilka metrów, więc komary rozkładają się na dużej przestrzeni, dzięki czemu nie są specjalnie uciążliwe. Mam do załatwienia tylko dwie rzeczy: poprosić o kolację i śniadanie oraz znaleźć sklep.

Udaje mi się przekonać recepcjonistkę, do podania mi całego kurczaka. Dobrych kilka minut mi tłumaczy, że cały kurczak z frytkami to jest masa jedzenia. Ja to wiem i bardzo mnie to cieszy. Szczególnie, że dostałem go w wersji super smacznej, chyba prosto z grilla, pokrojonej i nawet przyprawionej. Frytki były jak zwykle gumowo-gąbczaste, ale przecież od startu przed 7 rano, nie zjadłem praktycznie nic, a jest już prawie 19. Robię jeszcze rundkę po okolicy pytając każdej napotkanej osoby, gdzie jest jakiś dobry sklep. Autentycznie: objeżdżam chyba całą wieś. Każdy wskazuje mi inne miejsce i każdy sklep ma powierzchnię naszego kiosku Ruchu i nie umiem w nich nic znaleźć. Co gorsza – nie są samoobsługowe, więc trzeba się dogadać z kasjerem.

Biorę dwie paczki krakersów, Colę, wodę i dwa soki. Daję gościowi odliczone pieniądze, choć coś mi się nie zgadza – jakoś dużo banknotów w stosunku do tego, ile mi zostało. Gość patrzy na mnie jak na przygłupa. Ja na niego też tak patrzę. Nie jest to niecodzienna sytuacja i jestem do niej przyzwyczajony. Pyta czy jestem z Południowej Afryki, odpowiadam zgodnie z prawdą, że nie – że z Polski. Dalej na mnie patrzy, patrzy na swojego ziomka, który pakował mi zakupy do siatki i rzuca „BIG MONEY”. Potrzebuję jeszcze kilkanaście sekund, aby to przetworzyć. Faktycznie, zmieniłem przecież kraj, więc powinienem i portfel zmienić. Dając Randy zamiast mozambijskich Meticali, dałem 5x za dużo. Nie jest źle, przynajmniej liczba zer się zgadzała. Niesamowite, na każdym wyjeździe robię podobny fakap i za każdym razem sprzedający zwraca mi na to uwagę. Choć może nie za każdym razem i po prostu nie jestem świadomy, ile razy się pomyliłem i nikt mnie nie poprawił.

Nie masz hamulców mordo, to wymień se klocki

Margaret, CYPHER2022

Wieczorem odkrywam jeszcze, dlaczego tak ciężko mi się jechało i że te piski to wcale nie były ptaszki przy drodze, a mój klocek hamulcowy. Otóż ODKLEIŁA MI SIĘ OKŁADZINA OD NOWEGO KLOCKA. A nie był to tani klocek, bo najdroższy, świeżo zakupiony Swisstop. Okładzina prawie wyjechała z hamulca i trzymała się ostatkiem sił trąc cały czas o tarczę. To tłumaczy, dlaczego od hamowania na dużym zjeździe 3 dni wcześniej, hamulec zaczął inaczej pracować. Czuję wewnętrzną potrzebę odwiedzenia katedry w Maputo jak dziękczynnej pielgrzymki. Przecież gdyby ta okładzina wysunęła mi się na zjeździe, w całości, to aktualnie leżałbym jeszcze na poboczu i czekał na karetkę. Choć karetek widziałem całkiem sporo i to na sygnale – nie wiem, czy potrafią tam inaczej jeździć. Wiem za to, że dzwoni się pod dziwny numer: 977. Utrata przedniego hamulca, na długim zjeździe, przy obciążonym rowerze i moich zdolnościach zjazdowych to przepis na nieszczęście. Wyciągam całkowicie klocki z przodu i smaruję sobie klamkę mydełkiem, aby nie korciło mnie zaciśnięcie jej ostatniego dnia. Spojler alert: oczywiście, że w awaryjnej sytuacji i tak ją wcisnę. To chyba pierwszy bikepacking w moim życiu, na który nie wziąłem zapasowych klocków. Choć mam wrażenie, że coś tam się więcej zadziało i chyba niedałbym rady wsadzić nowych. Notatka dla siebie z przyszłości: jak się jedzie rowerem i robi zdjęcia prawą ręką to zdecydowanie lepiej mieć przedni hamulec (który obsługuje się inną ręką niż aparat) – na szczęście zrozumiałem to w bezbolesny sposób.

Wiecie, z tą klamką to jest tak, jak z małym czerwonym guzikiem. Ktoś Wam mówi – możecie nacisnąć wszystko, tylko nie ten mały czerwony guzik. Wymaga to naprawdę dużo skupienia, aby pod wpływem bezmyślnego impulsu nie zacisnąć ręki. Albo tak po prostu, na złość.

W Mozambiku mówi się, że małpy nie mówią, ponieważ wiedzą, że jeśli wypowiedzą choć jedno słowo, jakiś człowiek przyjdzie i zmusi je do pracy

Carl Sagan o Mozambiku

Rano, śniadanie zamówione na 7, przychodzi o 5:55. Nie wiem jakim cudem już nie spałem, ale może ma to związek z kogutem, który zaczął piać jakoś przed 3 i obudził wiele innych zwierząt. Mam tylko jeden cel – dojechać do Maputo. W wersji krótkiej, to jakieś 30km, w wersji długiej, bardzo okrężnej – 110km. Długa jest lepsza, bo nie jadę drogą, którą już widziałem, zobaczę trochę mozambijskich wsi, no i wydaje się, że zdecydowanie rzadziej będzie trzeba używać hamulca, bo omijam milionowe miasto Matola. Nie ukrywam, wersja ta okazała się dramatycznie nudna. To po prostu jazda przez pola uprawne po nieskończenie długich, prostych i idealnie równych asfaltach.

Gdzieś pod koniec postanawiam nawet zjechać w teren, ale kończy się to półgodzinnym spacerem. Nawierzchnia bocznych dróg to kopny piach, taki po kostki, że od biedy dałoby się jechać, ale nie z takim obciążeniem i nie z tak pustymi nogami. Gdzieś po drodze dostaję jeszcze odpowiedź na Whatsappie z noclegu, który właśnie opuściłem. Odpisują mi na wczorajsze pytanie, czy można zrobić rezerwację. To, co rzuca się w oczy najbardziej, to liczba osób z maczetami, które karczują pobocze drogi oraz trawniki. Autentycznie, robią rzecz, która kosą spalinową lub kosiareczką zajęłaby tak z 20x mniej czasu. Droga przez nicość, po horyzony, pola po bokach, a oni tymi nożami machają cały dzień. Dalej jednak wszyscy uśmiechnięci, eleganccy, schludni, pachnący. Tak bardzo mi to w mojej ograniczonej głowie nie pasuje. Szczególnie, gdy widzę ich małe, blaszane domki. Mam wrażenie, że zdecydowana większość zabudowań mijanych przez kilka ostatnich dni nie przekracza 20 metrów kwadratowych.

Do Maputo wpływam promem. Choć prom to mocne słowo – lepsze byłoby – łódeczką. Znalazłem ją nieco przypadkiem, na mapie nazywa się Catembe Barcas – założyłem, że skoro mostu nie da się pokonać pieszo, ani rowerem – coś musi pływać. Myślałem tylko, że w nieco większej skali niż taki pierdzik, na który ledwo mi się sprzęt zmieścił. O samym mieście już pisałem, nic się nie zmieniło. Z promu wygląda jak Lizbona – głównie dzięki wybudowanemu przez – olbrzymie zaskoczenie – Chińczyków mostowi. Wygląda bardzo podobnie do mostu Mostu 25 Kwietnia i jest zdaje się najdłuższym wiszącym mostem w Afryce. Sama panorama miasta też sprawia wrażenie nieco innego miejsca, niż tego, do którego dopłynę. Jak się ma wadę wzroku to z daleka wszystko wygląda dużo lepiej.

Jadę do katedry zobaczyć ołtarzyk JP2 i pech chce, że spotykam tam gościa, któremu tydzień wcześniej obiecałem wrócić. Łatwo rozpoznać, że ja to ja, więc podchodzi i znowu próbuje mi sprzedać magnes, a ja nawet nie mam go gdzie w domu przyczepić. Katedra jest dalej zamknięta – mówię mu, że wrócę jak otworzą, podobno koło 17 – będę bez roweru, z plecakiem, więc będę miał miejsce, żeby coś kupić.

Boję się zakończyć dzień za wcześnie, więc robię po Maputo, bez hamulca, ponad 50 kilometrów. Nie jest to specjalnie duża atrakcja. Postanawiam jednak zobaczyć tutejszą promenadę, najbardziej znaną plażę, odwiedzić lokalny targ rękodzieła, aby dopchać bagaże pamiątkami i wrócić do katedry – tym razem otwartej. Znowu jest tam ten gość i znowu nic od niego nie kupuję, trochę mi z tym głupio. Ale też obrazki, które podobno sam namalował, widziałem na targu, więc oszukaliśmy się obaj.

Do hotelu wracam o zachodzie słońca. Rozumiem już, o co chodziło recepcjoniście mówiącemu, że lepiej z hotelu iść w prawo niż w lewo. Owo lewo, wieczorem to Indie. To tłok absolutny. Na chodnikach i ulicach jest tyle ludzi i samochodów ile może się zmieścić, plus 10%. Nie wiem jak ten korek ma się rozładować, skoro wszystko stoi w miejscu i kopci olejem. Przypomina mi się ten duszący w płucach smog z Indii – nie wiem czy u nas da się go spotkać. Musiałbym chyba zamknąć się w garażu z najstarszym skuterem w mieście. Dostaję pokój na 3. piętrze i informację, że akurat chwilowo nie działa winda. Zanoszę więc rower, potem deptam w dół po swoją walizkę i znowu w górę.

Wieczorem wychodzę jeszcze po pizzę. Za dwie pizze określane u nas jako „rozmiar średni” płacę blisko 100zł. Przypomina mi się, że wszystko, co tanie, jest tanie, a wszystko inne – bardzo drogie. Tylko KFC jest wyjątkiem.

And when it’s time for leaving Mozambique
To say goodbye to sand and sea
You turn around to take a final peek
And you see why it’s so unique to be
Among the lovely people living free

Mozambique
Written by: Bob Dylan

Kolejnego dnia rozpoczynam procedurę powrotną. Taksówkarzowi odpaliłem 30% napiwku, bo tylko takie banknoty miałem w portfelu – temu samemu, który przywiózł mnie z lotniska do hotelu. Bardzo dawno nie widziałem, aby ktoś się tak bardzo i tak szczerze czymś cieszył, a mówimy o dodatkowych 20zł. Bardzo podoba mi się też kontrola bezpieczeństwa na wjeździe do obiektu. Ochroniarze nas zatrzymują, sprawdzają, że w bagażniku mamy ogromną, czarną walizkę i puszczają dalej. Na lotnisku jest masa pamiątek, ale wszystko wielokrotnie droższe. Aby zobrazować jego rozmiar: są 3 gate’y, a tego dnia – w sobotę – odlatuje z niego chyba 6 samolotów. Wszystkie wypełnione Chińczykami…